czwartek, 26 grudnia 2013

Choroba cywilizacyjna

Choroba cywilizacyjna

Trawiasty jak co rano punktualnie o szóstej przyniósł kostkę pachnącego siana. Rozłożył równo do dwóch paśników tak, byśmy mogli wygodnie zjeść. Jego obowiązkiem jest zapewnianie nam świeżej lub suszonej trawy.

- Mamo, czy oni od zawsze nam służą?
- Nie kochanie – odpowiedziała stara owca. Dawno temu Trawiaści byli rozwiniętą cywilizacją. Potrafili się powstrzymywać jak przystało na rozumne zwierzęta. Żyli tak jak my w stadach, które zwali plemionami. Powstrzymywali się przed gnieżdżeniem w zatłoczonych miastach. Zbierali świeże jedzenie w lesie i na łąkach. Powstrzymywali się od osiadłego trybu życia i zjadania nieświeżego, zakonserwowanego pożywienia. Szanowali starszyznę i potrafili rozwiązywać spory w zgodzie ze zdrowym rozsądkiem i doświadczeniem. Powstrzymywali się od tworzenia pisanych praw, które rozwiązując jeden problem wprowadzają cztery nowe.
- Jak oni spędzali wtedy czas mamo?
- Mniej więcej cztery godziny dziennie szukali pożywiania. Resztę dnia spędzali na odpoczynku, na zabawach z dziećmi, na obserwowaniu świata, na rozmowach z przyjaciółmi. Tworzyli piękne malowidła na ścianach jaskiń. Byli szczęśliwi.
- Jak to możliwe mamo, że Trawiaści tak nisko upadli?
- Nie wiadomo do końca. Nieźle się zapowiadali i przez jakieś trzysta tysięcy lat zmierzali w dobrym kierunku. Prawdopodobnie sześć - osiem tysięcy lat temu jeden z Trawiastych zapadł na ciężką, dziedziczną chorobę psychiczną. Stracił umiejętność powstrzymywania się. Wkrótce po Ziemi chodziły tysiące jego potomków - wszyscy chorzy. Choroba stała się tak powszechna, że nielicznych zdrowych osobników uznawali za wariatów, których wyśmiewali, spychali na margines a nawet zwalczali. Trawiaści przestali się powstrzymywać. Zapanował chaos i przemoc. Przestali szanować kobiety i dzieci, które zaczęli traktować jak przedmioty. Zastąpili prastary kult kobiety-matki kultem mężczyzny-despoty. Pomiędzy sobą a naturą wprowadzili psychopatycznych pośredników, którzy ogniem i mieczem wytępili prastare wierzenia wprowadzając religie pełne dogmatów i strachu. Ziemię podzielili kreskami na rewiry, którymi rządziły gangi przestępcze zwane państwami. Każdy gang odznaczał się kolorową szmatką zwaną flagą.

Gdy owce dyskutowały podczas leniwego śniadania, Trawiasty – jak zwykle w pośpiechu - wbiegł do auta i pojechał do pracy.

- Mamo, czemu oni nie potrafią odpoczywać bezczynnie tak jak my?
- To jedna z chorób ich umysłu. Cały czas muszą myśleć. Cały czas muszą coś robić. By odpocząć muszą się zmęczyć. Nazywają to sportem. To jedyne zwierzęta, które muszą „zarabiać” na życie. Wszystkie inne po prostu żyją. Trawiaści dostają życie, ale jest ono w ich ocenie niepełne. By było pełne to muszą na nie codziennie „zarabiać”. Trawiaści cierpią na wiele chorób.
- Mamo, a czy my jesteśmy wolni od chorób?
- Potrafimy leczyć nasze choroby. Gdy poczujemy się źle to przestajemy jeść i pozwalamy organizmowi się zregenerować. Skubniemy jedynie odpowiednie zioła, by przyspieszyć samouzdrawianie.
- Mamo, a Czerwona Zmora? Jej nie potrafimy wyleczyć.
Owca zatrzęsła się odruchowo na myśl o Zmorze.
- Masz rację. Trawiaści nas karmią, budują dla nas schronienie przed zimą, nawet wieszają nam kolczyki na uszach, żebyśmy ładnie wyglądali. My cieszymy się pełną wolnością. Musimy płacić cenę za to, że jesteśmy na szczycie drabiny ewolucji i rządzimy światem. Co jakiś czas jedna z nas znika a na trawie zostają tylko czerwone plamy. To straszna choroba cywilizacyjna, której dokładnych przyczyn nie znamy, ale wierzymy, że chora owca wraca do swoich przodków. Czerwona Zmora jest umiarkowaną ceną za życie stada pełne luksusu i wolności. Pogodziliśmy się z nią.

Mała się zasmuciła. Myśl o Czerwonej Zmorze ją przeraziła.

- A czy Trawiaści też cierpią na choroby cywilizacyjne?
- Tak, ale są to w zasadzie choroby degeneracyjne, a nie cywilizacyjne. To bardzo nieszczęśliwe istoty. Całe życie pracują główne po to, by się rozchorować. Cukrzyca, rak, choroby krążenia to ciężko wypracowane owoce ich trudu. Żadne inne zwierze nie wkłada tyle wysiłku w rozchorowanie się co Trawiaści. Są niezwykle konsekwentni i twórczy w rozwoju swoich chorób.

- Strasznie prymitywny ten nasz Trawiasty – westchnęła Mała - ale nawet go lubię. Poczciwy z niego głupolek. Goni bez wytchnienia, by zapracować sobie na choroby i myśli, że nad nami panuje. Tyle, że my się teraz wylegujemy na słońcu, a on tłucze się pociągiem do Warszawy.

niedziela, 27 października 2013

Ziemianka

Cywilizacja powoduje, że tracimy podstawowe umiejętności, czy raczej zastępujemy stare umiejętności nowymi. Jedną ze starych jest oszacowanie ilości zapasów potrzebnych na zimę. Straciliśmy również coś cenniejszego – wolny czas. Fukuoka opisywał zimę jako czas wyjątkowego odpoczynku dla tradycyjnego japońskiego rolnika. Od Świąt Nowego Roku przez trzy miesiące rolnik miał przez całe dnie wolne. Jego głównym zajęciem były spacery, polowanie na zające, spotkania z przyjaciółmi, sztuka. Przy diecie opartej o ryż i warzywa czasochłonne prace związane z opieką nad udomowionymi zwierzętami odpadały w zimie. Filozofia zen ułatwiała oczyszczenie otoczenia ze zbędnych przedmiotów, które robią z nas niewolników i wymagają wiecznej uwagi, naprawiania, sprzątania. W ten sposób powstawała przestrzeń na kontakty z ludźmi, myślenie i twórczość.

Dzisiaj dokonaliśmy wielkiego „postępu”, w efekcie którego zamiast trzech miesięcy mamy w okolicach Świąt Bożego Narodzenia wolne przez tydzień. Czy na pewno wolne? Na tyle zatraciliśmy spokój ducha, że Święta to dla wielu okres podwójnej aktywności, która w kulminacyjnym momencie pozostawia kilka godzin na prawdziwe bycie z bliskimi. Potrzebujemy tak wielkiej otoczki i celebry zanim będziemy mogli odpocząć, że odpoczynek jest już w zasadzie niedostępny. 

Ilość wolnego czasu jest dobrą miarą rozwoju. Czy reklama każdego z wynalazków nie obiecywała zaoszczędzenia czasu? Jaki jest efekt naszych wynalazków? Jeśli miarą jest wolny czas to cofamy się w dużym tempie i osiągnęliśmy już poziom niewolnika, który musi pracować całe życie, by przeżyć. Mimo to mamy wysoką samoocenę, a wizerunki ludzi z  epoki kamienia łupanego, w szczególności Neandertalczyków, zawsze przypominają osoby nierozgarnięte, mówiąc nieładnie – przygłupawe. Oni – prymitywni, my genialni i cywilizowani. Tyle, że łowca-zbieracz jakim był Neandertalczyk poświęcał cztery godziny dziennie na poszukiwanie pożywienia i miał w porównaniu z nami ogromną ilość wolnego czasu, który spędzał z rodziną.

No więc ile potrzebujemy zapasów na zimę? W książce Root Cellaring - Natural Cold Storage of Fruits & Vegetables znalazłem zestawienie potrzeb dla pięcioosobowej rodziny, które załączam poniżej tego wpisu. Miarą są buszle (bsh.), czyli około trzydzieści pięć litrów. Zestawienie jest amerykańskie, ale może być przydatne jako podpowiedź w naszych warunkach.

W pierwszym roku gospodarzenia moje zapasy na zimę są skromne. Dwie półki słoików z owocami i ziołami, suszone grzyby, worek gryki, kilka selerów i kilkadziesiąt kilo ziemniaków. Do tego dojdzie jeszcze sporo kapusty kiszonej – myślę, że około 20 litrów.

Ziemniaki postanowiłem przechować w zakopanej skrzyni. Skrzynia pozbawiona dna ma wymiary 120 x 70 cm i głębokość 50 cm. 



Wsadziłem ją do wykopanego dołu, na dnie wysypałem dziesięć centymetrów kamieni służących za dren. Na to warstwa słomy, ziemniaki i kolejna warstwa słomy jako izolacja od góry. Na dachu skrzyni ułożę jeszcze kilka kostek słomy. Mam nadzieję, że w ten sposób ziemniaki nie przemarzną. Powinny starczyć do lutego, może marca.

Ta przegródka po lewej to miejsce na bulwy drugiego gatunku – nadgryzione przez nornice. Będą zjedzone w pierwszej kolejności. A ziemniaki trzeciego gatunku, prawie w całości schrupane przez gryzonie – te już kury zamieniły na jajka.

Wracając do trybu życia dawnego rolnika, to musiał być wielki moment, kiedy wszystkie zbiory znalazły się w końcu w spiżarniach, piwnicach, ziemiankach, kopcach. Od tego momentu czas zwalniał i przechodził w rytm przynoszenia zapasów z piwnicy, gotowania i odpoczynku. Czas wiary i nadziei na szczęśliwe doczekanie wiosny.

Może się mylę. Może prac było znacznie więcej. W każdym razie chciałbym to sprawdzić i kiedyś przeżyć taką leniwą, prostą zimę. Bez samochodu, bez telefonu, telewizji i Internetu, bez wychodzenia do miasta, bez tak zwanej pracy zawodowej. Gdy dzieci dorosną J.

Zestawienie zapasów na zimę

wg. Root Cellaring - Natural Cold Storage of Fruits & Vegetables zestawienie zapasów na zimę dla pięcioosobowej rodziny. Miarą są buszle (bsh.), 
  • buraki: 1-2 bsh. ,
  • marchewka: 2-3 bsh. ,
  • kapusta: około 30 główek,
  • brukselka: około 10-15 roślin w ogrodzie,
  • chińska kapusta: 20-30 główek,
  • seler naciowy: 10-20 łodyg,
  • rzepa: ok. 1 bsh. ,
  • ziemniaki: 6-14 bsh. ,
  • słodkie ziemniaki: 2 bsh. ,
  • cykoria: 10-20 roślin do przechowania, więcej na grządce do użycia późną jesienią,
  • dynia: 30-40,
  • cebula: 1-2 bsh. ,
  • pasternak: 1-2 bsh. ,
  • ang. salsify: 1/2 - 1 bsh. ,
  • por: 15-40 roślin,
  • seler korzeniowy: 1/2 - 1 bsh. ,
  • jarmuż: 15-30m rządek,
  • ang. winter radish: 1/2 - 1 bsh. , 
  • kalarepa: 1/2 - 1 bsh. ,
  • czosnek: wedle uznania. 8 metrowa grządka z 4 rzędami roślin powinna zapewnić wystarczającą ilość.

piątek, 18 października 2013

Serek Charollais

Dziś opowiem o moim sposobie wyrobu serka Charollais. Jest pyszny, łatwy do zrobienia i niezawodnie powtarzalny. Dlaczego nie tradycyjny biały ser? Ano taki tradycyjny też uwielbiam, ale jest z nim trochę więcej pracy i wymaga więcej dokładności. Charollais jest bardziej idiotoodporny - czyli coś dla mnie :). Jest to serek kwasowo-podpuszczkowy, wymagający zastosowania podpuszczki. Próbowałem różnych podpuszczek, ale najlepsze efekty miałem stosując tę w płynie. Jej zaletą jest łatwość dozowania, która pomaga osiągnąć powtarzalność i przewidywalność efektu końcowego. Ja stosuję podpuszczkę Beaugel 50 sprzedawaną przez Agrovis - rodzinną firmę zapewniającą produkty i szkolenia dla domowych serowarów. Ta firma świetnie traktuje swoich klientów - gdy macie problem lub pytanie to piszcie do nich. W moim przypadku zawsze dostawałem cenne odpowiedzi, a dodatkowo wybrałem się do nich na kurs serowarstwa, który gorąco polecam.

Ponoć zamiast podpuszczki otrzymywanej z żołądka cielaka podobny efekt można uzyskać stosując niektóre rośliny - na przykład oset czy pokrzywę. Jeszcze nie sprawdziłem samodzielnie.

Podstawą sera jest dobre mleko. Mam szczęście, że w okolicy mieszkają rolnicy hodujący krowy i kozy w sposób tradycyjny. Moi sąsiedzi nie używają mechanicznych dojarek co powoduje, że mleko jest znacznie czystsze. Mechaniczne dojenie wydawało się wielkim osiągnięciem, ale utrzymanie przewodów prowadzących mleko w czystości jest trudne. Albo zalęgną się w przewodach bakterie, albo chemikalia używane do czyszczenia spowodują problemy w kolejnej partii mleka.

W miastach pojawiają się mlekomaty, w których można kupić mleko niepasteryzowane, "prosto od krowy". Sery z takiego mleka są smaczne, ale wyczuwam wyraźny spadek jakości w porównaniu z mlekiem rzeczywiście prosto od krowy. Problemy wychodzą przy serkach dłużej dojrzewających. Serki świeże, szczególnie twarogi wychodziły mi zawsze nieźle.

Kolejnym co do jakości jest mleko niepasteryzowane, o krótkim terminie przydatności. Można je kupić w większości dużych sklepów.

Później już są "mleka" w kartoniku, które z mlekiem mają wspólną tylko nazwę. To w zasadzie przypalona zupa z białka i wapnia zaprawiona martwymi bakteriami. Tego lepiej w ogóle nie pić.

Koniec teorii, przejdźmy do wyrobu sera.

My odbieramy mleko przeważnie po południu po pracy. Od razu wlewam je do naczynia i dodaję podpuszczki. 1 ml Beaugel 50 na litr mleka. Z litra mleka wychodzi jeden serek. Podpuszczkę dokładnie mieszam z mlekiem, przykrywam naczynie i zostawiam w kuchni na blacie do kolejnego wieczora.

Po 24 godzinach dzięki działaniu podpuszczki mleko zamienia się w skrzep. Na zdjęciu widać, że skrzep się kurczy - z boku robi się przerwa wypełniona serwatką.


Teraz przekładam delikatnie chochlą skrzep do specjalnych foremek Charollais, również kupionych w Agrovisie. Oczywiście można podobne foremki zrobić samodzielnie - na przykład z kubków po jogurcie. Powinny być nieco szersze na górze co ułatwia wyciąganie.



Na zdjęciu poniżej widzicie początek napełniania foremek. Dobry skrzep powinien być jednolity, z porcelanowym połyskiem. Gdy pojawiają się bąbelki gazu to oznaka zanieczyszczenia mleka.


Foremki napełniam skrzepem aż do samej góry i układam w taki sposób, by serwatka swobodnie spływała.


Rano serki mają już połowę początkowej wysokości. Pora na pierwsze obracanie i solenie. Serki najłatwiej obrócić przekładając je na dłoń. Po włożeniu na odwrót do foremek solę górną powierzchnię solidną szczyptą soli. Pierwsze obracanie i solenie robię przeważnie przed wyjściem do szkoły/pracy. Trwa to nie dłużej niż minutę.



Po pracy wyciągam serki z formy, przewracam i solę drugi raz z drugiej strony tę samą ilością soli. W zasadzie powinny tak postać jeszcze parę godzin, ale jest to z reguły pora kolacji i dzieciaki zjadają całość produkcji :).

Efekt końcowy widzicie na tytułowym zdjęciu. Mimo, że robienie serków trwa dwie doby to faktycznej pracy łącznie z myciem naczyń jest około 15 minut.

Najczęściej robię takie serki z mleka krowiego, ale z koziego są jeszcze smaczniejsze, z charakterystyczną kozią nutką.

Dlaczego Charollais, a nie tradycyjny twarożek naszych babć? Robiąc twarożek trzeba podgrzać skwaszone mleko. Wymaga to ciągłego pilnowania, bo łatwo "przypalić" ser. Dodatkowo odsączanie skrzepu najlepiej wychodzi w gazie czy szmatce, a to wymaga dość pracochłonnego mycia. Gdy jest więcej czasu to warto spróbować wyrobu tradycyjnego twarożka. Z pewnością jest wart dodatkowej pracy i nie wymaga podpuszczki.

Agrovis zaleca przy wytwarzaniu serka Charollais stosowanie specjalnych kultur bakterii zwanych u nich Alpha 3. Rzeczywiście serek zaprawiony bakteriami ma świetny smak i zapach, ale gdy mam dobre mleko to "lokalne" bakterie dają równie smaczny efekt.

Gdy przyjdzie zima i skończy się praca w ogrodzie to zajmę się wyrobem serów dojrzewających i miękkich typu Camembert. Mam już za sobą dwa lata eksperymentów i efekty zaczynają być zjadliwe :).

Na koniec polecam książkę "Domowy wyrób serów" autorstwa Ricki Carroll oraz jej stronę www.cheesemaking.com, z której najbardziej lubię sekcję Recipes. Fascynujące jest jak niewielkie zmiany w przepisie powodują osiągnięcie całkowicie różnie wyglądających i smakujących serów. Książka Ricki oraz zestaw bakterii z Agrovisu to świetny pomysł na długie jesienne i zimowe wieczory. Ostrzegam - wciąga :).


poniedziałek, 14 października 2013

Gryka - uprawa i zbiór


Kasza gryczana to dla mnie przysmak, więc spróbowałem samodzielnej uprawy gryki. Poletko pod grykę miało około 70 m2, czyli 0,7a.

Staram się uprawiać rośliny bezorkowo. Po pierwsze z lenistwa, a po drugie poza sporadyczną orką robioną przez dziki, w naturze pola nie są orane. Są przykrywane na zimę liśćmi, opadłymi owocami czy wyschniętymi trawami. Myślę, że natura wie co robi. Moja łąka była przez wiele lat nieuprawiana i nie znalazłem prostego sposobu przejścia na uprawę bezorkową bez jednorazowego zaangażowania ciężkiego sprzętu. Dzięki glebogryzarce w ciągu godziny pole było spulchnione a wierzchnia warstwa trawy została zmielona w nawóz. Mam nadzieję, że glebogryzarka była na moim poletku po raz ostatni.

Poletko obsiałem 22 czerwca i grabiami przysypałem nasiona, żeby ptaki nie zjadły zbyt wiele. Czerwiec był wyjątkowo aktywny i po prostu nie miałem czasu, by wcześniej się uwinąć. Gryka szybko dojrzewa, ale w przyszłym roku postaram się zasiać w pierwszych dniach czerwca, gdy minie niebezpieczeństwo przymrozków.

Po miesiącu poletko było przykryte gęstą warstwą liści. 


Mimo braku nawożenia pola przez wiele lat rośliny rosły szybko i zdrowo. Duże liście zablokowały dostęp światła dla chwastów i roślina zdominowała poletko bez mojej pomocy.

Po dwóch miesiącach pole pokryło się pięknymi białymi kwiatkami. W słoneczne dni pszczoły miały używanie – aż roiło się od owadów.



Na początku października, po stu dniach uprawy, większość nasion była brązowa i nadeszła pora zbiorów.

W tym roku kosiłem grykę sierpem w obawie przed wytrząśnięciem zbyt dużej ilości cennych nasion. Zajęło mi to około dwóch godzin. W przyszłym roku zamienię sierp na kosę. Myślę, że w ten sposób koszenie poletka zajmie nie więcej niż pół godziny. Nasiona trzymają się mocno i kosa nie powinna zrobić nadmiernych szkód.

Skoszoną grykę zebrałem w wiązki, 



zapakowałem na moją niezastąpioną Nawarę i przewiozłem do „stodoły”, by dosuszyć ziarna. Niestety zbyt gęsto poukładałem zbiory i niektóre zapleśniały. Ten błąd będzie łatwy do naprawienia w kolejnym roku.



Po dwóch tygodniach suszenia nadszedł czas młócenia. Wysuszone wiązki zapakowałem do worków, dzieciaki dostały kije i zielone światło na okładanie gryki do woli. Świetne zastosowanie dla nadmiaru dziecięcej energii J



Niestety dzieci szybko się znudziły i pracę musiał dokończyć tata. Młócenie zajęło około trzech godzin.

W efekcie otrzymałem trzynaście kilo nasion wymieszanych z kawałkami słomy. Teraz pora na oczyszczenie ziaren i pozbycie się łuski. Mam kilka pomysłów jak to zrobić, ale Wasze sugestie są mile widziane. Przygotuję fotorelację aż do produktu końcowego - kaszy i mąki gryczanej.

Pole przykryłem słomą, która pozostała z młócenia. Myślę, że w przyszłym roku nie będę musiał już ruszać ziemi i rozpocznie się prawdziwa uprawa bezorkowa . Być może na próbę na części poletka posieję koniczynę, by trochę wzbogacić ziemię przed wysiewem.

Pracy było więcej niż z ziemniakami, ale jeśli uda się uzyskać ok sześć kilo czystej kaszy gryczanej to jak na pierwszy raz wynik nie jest zły. Liczę na około czterdzieści smacznych posiłków. Dam Wam znać :).

---
powiązane tematy:

Od gryki do placków - czyli jak przetworzyć zebrane nasiona gryki





czwartek, 29 sierpnia 2013

Ziemniaki pod słomą

Ziemniaki uprawiane pod słomą okazały się sukcesem rolniczym tego roku.  Ze wszystkich stosowanych przeze mnie metod i technik ta jest prawdopodobnie najkorzystniejsza energetycznie. 50 kg ziemniaków sadzeniaków posadziłem w mniej więcej półtorej godziny. Nie wiem jeszcze jaki jest plon z tej uprawy, więc na ostateczną ocenę muszę poczekać, ale wstępnie wygląda, że będzie sporo cennego jedzenia na jesień i część zimy. Wkładając dość niewiele kalorii dostałem spory zapas energii, witamin, smaku i przyjemności przebywania w ogrodzie.

Zalety ziemniaków szybko doceniłem eksperymentując z niezależnością żywieniową. Z wszystkich dostępnych mi roślin ta najlepiej zapewniała sytość. Można zjadać kilogramy sałaty, dzikich ziół czy cukinii, ale człowiek cały czas traci wagę i nie osiąga sytości. Po 3 tygodniach jedzenia zielska talerz ziemniaków smakował anielsko. Nic dziwnego, że przez wieki były one podstawą wyżywienia.

Opisana metoda nie wymaga orania lub przekopania pola. Sądzę, że ręczne przygotowanie tradycyjnego pola ziemniaczanego tej samej powierzchni zajęłoby mi kilkanaście godzin ciężkiej pracy.

Metoda jest prosta. Bezpośrednio na łąkę / trawnik rozkładam gazety lub karton. Ta warstwa jest barierą dla niepożądanych roślin. Na papierową warstwę rozkładam sadzeniaki ziemniaków – czyli po prostu ziemniaki przechowane przez zimę. Stosowałem ok. 30 – 40 cm odstępy. Na ziemniaki luźno rozrzuciłem grubą, ok. 30 cm warstwę słomy. To wszystko. Nie podlewałem i nie nawoziłem. Nawet w najbardziej suche dni pod grubą warstwą słomy było wilgotno, a powoli rozkładający się mulcz okrywający uprawy użyźniał ziemię i dawał dobre warunki dla rozwoju korzystnych żyjątek.

Spróbowałem też rozrzucenie ziemniaków bezpośrednio na trawnik i przykrycie ich słomą. Nie widzę wyraźnej różnicy w porównaniu z dodaną warstwą papieru. Można więc uprawę jeszcze uprościć i zrezygnować z kartonu lub gazet.



Zbiór ziemniaków jest równie prosty jak ich sadzenie. Wystarczy rozgarnąć słomę i pozbierać ziemniaki. Niektóre bulwy są pod ziemią ale można się do nich dokopać bez użycia narzędzi.



Nie zauważyłem zazielenienia ziemniaków, co oznacza, że warstwa słomy była wystarczająco gruba i chroniła bulwy przed słońcem.

Próbuję stosować metody nie wymagające „brutalnego” przetwarzania ziemi – orania czy przekopywania, czyli uprawę bezorkową (ang. no till).  Chciałbym, by wypracowane przeze mnie metody nadawały się dla zapracowanych ludzi, którzy uprawiają własne jedzenie po godzinach. Odrzucam więc metody zużywające duże ilości energii – czy to własnej energii fizycznej potrzebnej do przekopania pola czy grządek, czy też energii zmagazynowanej w formie pieniędzy potrzebnych na zakup czy dzierżawę ciągnika. W przypadku ziemniaków metoda się dobrze sprawdziła w tym roku.

Najtrudniejszy jest pierwszy rok przestawienia się na uprawę bezorkową. Trzeba się zmierzyć z dość mocno zbitą ziemią oraz tzw. chwastami. Być może więc w przyszłym roku pokuszę się na jednorazowe przeoranie pola pod zboża. W kolejnych latach dokładanie na powierzchnię warstwy mulczu oraz odpowiednie wysiewanie zielonego nawozu powinno umożliwić mi docelowe przejście na uprawę bez orki. Metody te stosowali i opisywali Faulkner ("The Plowman's Folly") oraz Fukuoka ("Rewolucja źdźbła słomy"). Metodę taką stosuje przede wszystkim sama natura pokrywając ziemię opadającymi liśćmi, czy wyschniętą trawą.

Jakie są wady słomianej metody? Sporo ziemniaków zjadły mi gryzonie. Może nornice – nie znam się. Być może w słomie jest im łatwiej buszować niż pod ziemią. Dostają posiłek na tacy. Drugą wadą jest sama słoma - trzeba ją mieć. Ja przez sezon zużyłem ok. 3 dużych balotów (duże, ciężkie wałki) na wszystkie moje uprawy. Gdy się ma odpowiedni samochód lub przyczepę to przywiezienie takiej ilości słomy nie jest problemem i nie jest też zbytnio kosztowne. Liczę, że wysiewając zboża w przyszłym roku będę miał własną słomę – przynajmniej w części zaspokajającą potrzeby.

No i najważniejsze – własne ziemniaki, tak jak wszystkie własnoręczne uprawy są pyszne, a widok małych dzieci odkrywających, że ziemniaki nie biorą się z supermarketu jest bezcenny. Wyjścia na poszukiwanie ziemniaków z naszymi maluchami to duża radość, która dodatkowo poprawia smak obiadu J.



(Te nadgryzione po prawej smakowały nornicom, czy innym gryzoniom)


czwartek, 1 sierpnia 2013

Nie jest łatwo – pierwsza „porażka”

Gdy zbliżał się pierwszy czerwca spodziewałem się kłopotów. W ogrodzie prawie nic nie nadawało się jeszcze do jedzenia. Nie zdążyłem przygotować się do zakupu kur. Nie chciałem też zacząć mojego eksperymentu od zjedzenia owcy tylko dlatego, że nie przewidziałem trudności.

No więc pierwsze dwa tygodnie czerwca były czasem dzikich ziół. Jadłem pokrzywę, korzeń i ogonki liściowe łopianu, koniczynę, szczaw, babkę, liście mlecza. Rarytasem był kawałek cebuli siedmiolatki posadzonej zeszłej jesieni. Zostało mi z zeszłego roku odrobinę „gorszych” kawałków baraniny – szyja i żeberka.

Takie jedzenie spowodowało szybki spadek wagi. W ciągu dwóch tygodni ubyło mi dwanaście kilko i osiągnąłem poziom 70 kg, który sobie ustaliłem jako granicę. Dalej nie chciałem chudnąć. Pewnie jeszcze dziesięć kilo nie odbiłoby się źle na zdrowiu, ale moja rodzina mogłaby nie wytrzymać mojego widoku. Gdy człowiek tak szybko traci wagę to wszystkim kojarzy się to z chorobą.

No więc jak to jest z żywieniem się dzikimi ziołami? Jest to ciekawa dieta. Z jednej strony waga leci w takim samym tempie jak w przypadku postu na samej wodzie. Nie miałem jednak w ogóle negatywnych efektów początku postu. Głowa mnie nie bolała, miałem sporo sił i nie byłem nienaturalnie senny. Pokrzywa i łopian uchodzą za bardzo oczyszczające zioła, więc być może zafundowałem sobie przez przypadek intensywne odnowienie organizmu. Dopiero po straceniu dwunastu kilogramów zacząłem tracić siły. A, że był to bardzo intensywny i roboczy okres to utrata sił dawała się mocno we znaki.

Czy żywienie się dzikimi roślinami to mit? Pewnie nie. Być może gdybym miał więcej czasu, to spadek wagi byłby mniejszy. Najbardziej pożywną potrawą był korzeń łopianu, ale też jego wykopywanie było czasochłonne. Prawdopodobnie korzeń łopianu w dużych ilościach pozwoliłby mi się nasycić. Dodatkowo w czasach głodu dzikie rośliny zapewniały witaminy i inne cenne składniki. Chroniły też przed chorobami, co było istotne w momencie, gdy już bardziej syte jedzenie miało się niebawem pojawić. Dzikie rośliny są więc dobrym dodatkiem, lub sposobem na „dożycie” do obfitszych żniw. Dieta w pełni oparta o dzikie rośliny zdobywane w wolnych chwilach – nie dłuższych niż godzinę dziennie – raczej nie zapewnia kompletu wymaganych składników. 

Oto garść przemyśleń i obserwacji z okresu „dzikich roślin”.

  • Smaki. Pokrzywę uważam za bardzo smaczną. Czy w formie „szpinaku”, czy jako zupa. Również w postaci naparu – jak herbata. Na maśle z jajkami jest rewelacyjna, ale w czerwcu nie miałem takich ekskluzywnych dodatków. Młode liście mlecza (mniszka lekarskiego) jedzone jako sałatka są niezłe. Tyle tylko, że przy skąpej diecie w ogóle nie miałem apetytu na sałatki. Korzeń łopianu pokrojony w cienkie plastry i ugotowany był niezły, ale bez rewelacji. Ogonki liściowe łopianu gotowane raczej niesmaczne, ale dające chwilowe poczucie sytości. Kwiaty koniczyny też niezbyt rewelacyjne. Zjedzone na surowo mają lekko słodkawy smak, ale w większej ilości powodowały nudności. W przypadku ubogiego jedzenia i małego urozmaicenia smaków szczaw był prawdziwym rarytasem. Szczególnie sparzony i zjedzony w formie „szpinaku”. Kwaśny smak i delikatna konsystencja sparzonego szczawiu stanowiły cenny kontrast do dość nudnych pozostałych dzikich roślin. Cennym dodatkiem smakowym był też kiszony czosnek niedźwiedzi. Dopiero skromne jedzenie pozwala zrozumieć, dlaczego w dawnych czasach przyprawy sprowadzane z Indii do Europy miały tak dużą wartość.
  • Marnotrawstwo nie mile widziane. Gdy zielsko zebrane przy drodze było głównym pożywieniem to jeszcze większą uwagę zwracałem na resztki zostawione przez dzieci po posiłkach. Przejście przez lekki głód powoduje, że jedzenie na powrót staje się święte. Cenna byłaby wyprawa z dzieciakami, podczas której zaznałyby lekkiego głodu. Wtedy jedzenie zmienia się z powszechnie dostępnego towaru w żywą, świętą istotę, która daje nam chwilę życia.
  • Cenna suszarnia. Słoneczna suszarnia okazała się cennym urządzeniem. Stojąc na słońcu cały czas „prosi się”, by coś do niej wrzucić. Szybko więc zbierają się zapasy suszonej pokrzywy, lubczyku, mięty, dziurawca czy macierzanki.
  • Pszczoły proste w hodowli. To za krótki czas, by wyciągać wnioski, ale pszczoły kojarzyły mi się z większą pracą. W praktyce przez pierwsze dwa miesiące poświęciłem im nie więcej niż dwie godziny. Cenne okazały się porady Emile Warre. Jeżeli przy wejściu do ula panuje w słoneczny dzień duży ruch i pszczoły wnoszą pyłek do ula to znaczy, że wszystko jest w porządku – królowa składa jaja, robotnice opiekują się larwami, zbieraczki latają po nektar i pyłek. Wtedy nie trzeba interweniować i otwierać ula. Jedynym problem, który dotychczas miałem z ulem bezbramkowym były plastry budowane pomiędzy dwiema belkami. Prostowanie plastrów trzeba przeprowadzić dość szybko, gdy jeszcze są małe. Je tego nie zrobiłem. Aby zabezpieczyć pszczoły przed warrozą posypałem je dwa razy w odstępach tygodniowych cukrem pudrem. Planuję jeszcze jedno obsypanie. Według wielu naturalnych pszczelarzy ta metoda bardzo skutecznie ogranicza zasięg pasożyta, a jednocześnie nie wprowadza do ula substancji zbyt podejrzanych. Ważne jest też uniezależnienie się od wielkich firm farmaceutycznych produkujących lekarstwa syntetyczne.
  • Pierwszy miesiąc pełen porażek rolniczych. O, tu mógłbym zapisać opasłe tomy J ale zamiast skupiać się na porażkach, w kolejnych postach będą opisywane wyciągnięte wnioski.

Sporo osób zwraca mi uwagę, że powinienem był zacząć znaczne później, po nabraniu co najmniej rocznego doświadczenia i po zebraniu zapasów. Pewnie tak byłoby łatwiej, ale moje podejście daje więcej ciekawych doświadczeń.

Czy możliwe byłoby kontynuowanie mojego eksperymentu? Z pewnością ubicie jednej owcy pozwoliłby na uzupełnienie brakujących składników i dożycie do lepszych czasów.  Niestety w tym roku nie miałem mleka owczego, które również mogło zadecydować o „życiu lub śmierci”. Przyczyna braku mleka jest dość skomplikowana i zakładam, że w przyszłym roku ten sam okres będzie już znacznie łatwiejszy.

Co dalej? Po przekroczeniu magicznego progu 70 kg zacząłem kupować i jeść ziemniaki. Dieta w lipcu była w większości oparta o kupione jedzenie. Biorąc więc dosłownie mój zamiar, to należałby się przyznać do porażki. Ale ilość doświadczeń i nauki, które otrzymałem w czerwcu i lipcu z zapasem rekompensują niepowodzenie. Nauczyłem się samodzielnej opieki nad stadem owiec, budowy kurnika i hodowli kur, budowy ula i pszczelarstwa. Nabrałem sporo nowej wiedzy na temat ziół. Eksperymentowałem z konserwowaniem żywności. Dowiedziałem się wiele o uprawie warzyw i owoców. Ta wiedza mocno mnie przybliżyła do niezależności żywieniowej.

Jeszcze nie wiem jaką przyjąć datę wznowienia eksperymentu. Cały czas się przygotowuję i gdy nadejdzie odpowiedni moment to dam Wam znać J.

W międzyczasie będę się dzielił doświadczeniami. Może kiedyś na bazie tej zabawy powstanie poradnik dla mieszczuchów pragnących niezależności.

Proszę też o porady i doświadczenie, bo Wasza wiedza była dotychczas bardzo cenna i wielokrotnie ułatwiła mi życie.






środa, 19 czerwca 2013

Pszczoły pracują

Udało się! Jeden ul ma już nowych mieszkańców, którzy wyglądają na zadowolonych. W moim eksperymencie z samowystarczalnością uważałem pszczoły za jedno z trudniejszych wyzwań, ale na razie (odpukać J) sytuacja wydaje się opanowana. Pszczoły pracują i nie wymagają żadnej interwencji.

Zbudowałem i postawiłem dwa ule bezbramkowe (Kenyan Top Bar Hive - KTBH) i kupiłem od mojego guru dwa roje. Telefon od Pana Zbyszka – „proszę przyjeżdżać za pół godziny, roje złapane”. Myślałem, że da mi kilka dni czasu na przygotowanie, a tu szybka akcja. Nie pomyślałem, że nie jest łatwo zaplanować łapanie roju J.

Wcześniej z pszczołami nie miałem nic do czynienia i nie znam nawet dobrze żadnego pszczelarza. Większość mojej mizernej wiedzy pochodzi z książki „The Barefoot Beekeeper” Phila Chandlera. Phil udostępnia też bezpłatnie szczegółową instrukcję budowy ula.

To co spodobało mi się w ulu bezbramkowym to bardzo mała ilość sprzętu potrzebna do obsługi. Gdy odwiedziłem sąsiadów z niedużą pasieką, poradzili mi zbudować małą szopkę obok uli na przechowywanie sprzętu i różne prace pszczelarskie. W ich pięknej szopce rzeczywiście było sporo szpargałów, w szczególności ramek. U mnie nie ma ramek, tylko listewki stanowiące górną krawędź ramki. Zamiast podkurzacza spryskiwacz na wodę, którzy Marzena wykorzystuje do prasowania, dłuto (ciesielskie, a nie specjalne pszczelarskie), stary długi nóż kuchenny i kawałek miękkiego styropianu czy pianki zamiast specjalistycznej miotełki. Wszystko mieści się w ulu.

Wprowadzenie rojów do uli było niełatwe – źle się ubrałem. Kupiłem jedynie kapelusz pszczelarski, ale w pośpiechu źle go założyłem i nie był szczelny. Ubrałem jasną lekką koszulę, rękawiczki ogrodnicze i z  kołatającym sercem zabrałem się do pracy. Pszczoły były w skrzyniach transportowych. Po otwarciu pierwszej transportówki akcja potoczyła się szybko. Wyleciał z niej szwadron wściekłych i zgłodniałych pszczół, które od razu wiedziały, które części mojego ciała atakować. W pierwszej kolejności ręce i twarz. Gdy zorientowały się, że rękawiczki są miękkie, zaczęły żądlić J. Dawno nie doświadczyłem żądła i  spodziewałem się większego bólu. Było to trochę jak silna pokrzywa, ale to co mnie bardziej martwiło to ilość użądleń. Gdy podliczyłem na spokojnie, to na lewej ręce było około 30, a łącznie jakieś 40. Później pszczoły zorientowały się, że między spodniami i butami jest warstwa niezbyt grubych skarpetek. Dwie z nich znalazły również dostęp do twarzy.

Dodatkowo z rytmu wybiła mnie zawartość transportówki. Spodziewałem się samego roju, a były tam też ramki. Postanowiłem poddać się i udało mi się „rzutem na taśmę” zamknąć transportówkę i uciec z miejsca klęski.

Drugie podejście to już całkiem inna bajka. Wziąłem grube rękawice ze ściągaczami, które używam do pracy piłą łańcuchową. Dżinsy ściśle przylegały do kaloszy i dla pewności spiąłem je gumkami. Kapelusz był ubrany poprawnie. Co za różnica J. Tak to można pracować nawet ze wściekłymi pszczołami J.

Wsypałem każdy rój do osobnego ula. Do jednego pszczoły zaczęły wchodzić, ale drugi okupowały na zewnątrz. Mając komfort pracy bez użądleń spokojnie udało mi się przesypać wszystkie pszczoły, zamknąć je z góry listewkami i dodatkowo daszkiem.



Na drugi dzień miałem wyjazd z pracy do Warszawy. Gdy przyjechałem na przegląd kolejnego dnia to sytuacja nie wyglądała dobrze. Ul, który pierwotnie wyglądał na zadomowiony, był całkiem pusty. W drugim duży rój siedział na zewnątrz. Z ilości pszczół wnioskowałem, że oba roje się połączyły w jeden większy.



W praniu wyszły mankamenty uli. Pierwszy daszek, który zrobiłem jest zdecydowanie za ciężki. Bardzo trudno ustawić go precyzyjnie w rękawicach nie zgniatając pszczół. Dodatkowo na dole ula zrobiła mi się – w mojej ocenie – za duża szpara pomiędzy siatką podłogową a deskami oddzielającymi (follower boards). Mimo, że później wyczytałem na forach, że to nie jest duży problem, uznałem, że nieszczelny ul nie zadziała. Postanowiłem przenieść pszczoły do drugiego ula – który był już lepszy konstrukcyjnie. Zsypałem je do pudła kartonowego i „przelałem” do lepszego domu.

Tym razem chyba już wszystko jest OK. Pszczoły zajęły środkową sekcję i zaczęły regularne loty po posiłek. Mniej więcej od tygodnia regularnie kursują. Koło południa ruch jest tak duży, że jak widać na zdjęciu sporo pszczół oczekuje na pozwolenie na lądowanie.



Po sporym umęczeniu pszczół moją nieudolną operacją zasiedlania dałem im teraz spokój i tylko oglądam z zewnątrz. Cały czasy pracują, więc spodziewam się, że robiąc przegląd w weekend zastanę już sporo plastrów i uwijającą się królową składającą jaja. To będzie wielki dzień J. W międzyczasie poluję na kolejny rój. Stosując tak nietypową konstrukcję nie mogę w łatwy sposób przełożyć ramek i wykorzystać odkłady, stąd moje nastawienie na roje. W poprzednim wpisie znajdziecie informacje dlaczego zdecydowałem się na taką konstrukcję ula i naturalną metodę hodowli.

Wieczorny spacer do pasieki i oglądanie uwijających się pszczół przy wejściu do ula to wielka frajda. Można by tak stać godzinę i podziwiać jakie to świetnie zorganizowane zwierzęta.








środa, 29 maja 2013

Korzonki i zielsko

Ale ten czas pędzi. Zostały mi jeszcze dwa dni „normalnego jedzenia” a w warzywniku pustki. Zbieram spore nauki i co krok to potknięcie J. Ogólny efekt jest taki, że poza roślinami posadzonymi na jesień – siedmiolatki, lubczyku i czosnku – to nie mam nic co by się nadawało do jedzenia J. Co więcej po wielkości roślin szacuję, że długo przyjdzie mi poczekać na solidny obiad z warzywnika. W wolnych chwilach prowadzę nierówną walkę z czasem i przyrodą. To co robię całkowicie nie przypomina sielankowego obrazu szkicowanego przez Fukuokę J. Ale jemu dochodzenie do wniosków zajęło trzydzieści lat, więc się nie martwię.

Na razie nie mogę też liczyć na zwierzęta. Ze względu na priorytety w pierwszej kolejności zająłem się grządkami i nasadzeniami. Nie mam więc jeszcze ani kurnika ani kur. Mleka owczego też na razie brak. Młode są jeszcze z matkami, a stadko jest pod opieką bacy – sąsiada, co jest niezgodne z założeniami mojego eksperymentu.

Popełnione błędy są cenne i będę je sukcesywnie opisywał. Teraz jednak priorytetem jest stworzenie samowystarczalnego, miniaturowego ekosystemu i całą energię przeznaczam na przygotowanie grządek, poletek i nasadzenia.

Na pewno można się było lepiej przygotować, mieć konkretny plan i wiele planów awaryjnych. Chciałem jednak uniknąć takiego podejścia. Nietrafnie porównałem moje przygotowania do walki. Jest to raczej świetna zabawa i czuję się jak przedszkolak poznający świat na nowo. Jestem pełen wiary, że rozwiązania problemów przyjdą w swoim czasie, i że typowy dla Matrixa stres i nerwową walkę z przeciwnościami trzeba zostawić za furtką do ogrodu. Jest więc to raczej walka o nieutracenie silnej wiary w powodzenie przedsięwzięcia – walka wewnętrzna. Walka z pokusami o przesunięcie terminu eksperymentu, naciągnięcie zasad, czy podobne sztuki.

No ale jeść trzeba i szkic planu, a nawet drobne doświadczenia mam. Postaram się przeczekać trudniejszy okres jedząc dzikie rośliny oraz w razie potrzeby poszcząc.

Zrobiłem wcześniej próbę dłuższego postu. Sprawdziłem, że 15 dni o samej wodzie – choć czasami niełatwe – jest w pełni możliwe. Nie wiem jak się będzie zachowywał organizm, gdy jedzenie będzie znacznie mniej pożywne niż zwykle. Całkowity post powoduje, że organizm dość szybko przestawia się na odżywianie wewnętrzne. Skromna dieta może więc paradoksalnie być trudniejsza, ale o tym się przekonam i dam Wam znać.

Jeśli chodzi o zakąski i dodatki to nie jest źle. Maj to świetny czas na korzystanie z pokrzywy i przećwiczyłem ją na kilka sposobów. Zupę pokrzywowa zrobiona w bardzo prosty sposób – pokrzywa, woda, czosnek, wszystko razem przetarte blenderem. Mimo tak ubogich składników jest smaczna i nieco łagodzi poczucie głodu. Nie wiem jak to będzie na dłuższą metę. No i mądrzy piszą, że pokrzywa jest smaczna w maju, a ja na razie nie zrobiłem zapasów na czerwiec.

Kolejna odsłona pokrzywy pokazana na zdjęciu tytułowym (w szklance oskoła brzozowa) to już wersja full wypas. Liście podsmażane na maśle a na to jajko. Na razie nie mam masła i jajek, ale ta potrawa jest wyśmienita. Gorąco polecam, bo smak i zapach tak przyrządzonej pokrzywy jest wyjątkowy. Oto potrawa przed dodaniem jajek.

Herbata z pokrzywy też świetnie się sprawdza. Ponoć dodaje energii. Coś w tym jest, bo po tygodniu pokrzywowym miałem mnóstwo sił i mogłem intensywnie pracować od wczesnego ranka do nocy' trochę głową w biurze, a później rękami w polu.

Żeby urozmaicić przyszłe potrawy zrobiłem też kilka słoików „biednych kaparów” – koszyczków kwiatowych mlecza marynowanych w occie. Smaczny dodatek do sałatek. Niestety ocet przygotowałem z obcych składników – obierki jabłkowe i biały cukier lub miód. Dodaje więc ten półprodukt do listy wyjątków, którą będę aktualizował i publikował. Tym samym muszę rozczarować tych z Was, którzy zakładali, że nie skorzystam z żadnego zewnętrznego pożywienia. Ocet jest na mojej liście "2+" ,  czyli składników, które będę mógł zrobić samodzielnie począwszy od drugiego roku.

Przygotowałem też kiszony czosnek niedźwiedzi. Do niego poszedł kolejny wyjątek – sól. Być może udałoby się zrobić tę potrawę bez soli, ale uznałem, że tak będzie OK.

Sprawdziłem też liście mniszka i babki jako sałaty. Mniszek był całkiem smaczny, z goryczką podobną do rukoli. Babka dość neutralna.

Moim najciekawszym odkryciem jest korzeń łopianu. Roślina jest wszystkim znana z dzieciństwa, bo rosną na niej lubiane przez dzieci „szwagry” przyczepiające się do ubrań kolegów. Korzeń łopianu po ugotowaniu jest smaczny i sprawia wrażenie pożywnego. Pokrojony w plasterki jest też łatwy do ususzenia na słońcu.

Wypróbowałem koniczynę, która rośnie obficie i ponoć daje sporo energii. Ugotowałem kwiaty odmiany czerwonej, które na surowo były przyjemnie słodkie. Trochę brakowało mi przypraw, ale może znajdę jakieś dzikie dodatki poprawiające smak.

Na temat dzikiego jedzenia dużo wie Łukasz Łuczaj – polecam jego książki i szkolenia. Wiedza i praktyka Łukasza robią wrażenie. Łukasz lubi przekraczać granice. W swojej książce "W dziką stronę" opisuje między innymi wrażenia z jedzenia ludzkiego mięsa J. I to całkiem legalnie, w Europie. 

Tradycyjnie proszę Was o wsparcie. Dajcie znać co sądzicie o koniczynie, bo niewiele praktycznych wskazówek znalazłem na jej temat. Może macie jeszcze jakieś inne pomysły – szczególnie na coś sycącego i dodającego sił. Wszelkie pomysły mile widziane.

Kury pewnie mógłbym wcześniej kupić, ale chciałem im przygotować porządne warunki. Mam w okolicy sporo lisów, regularnie odwiedza nas jastrząb, bywają kuny, więc kurnik i wybieg muszą być dobrze zabezpieczone. Do tego kurnik powinien ładnie wyglądać, więc zacząłem robić „scypane” gonty – próbka mojego rękodzieła poniżej. Łupanie świerka to tak relaksująca i magiczna praca, że chętnie będę pościł parę dni dłużej, by zrobić daszek a i kury będą miały ładniej J. Pozdrawiam.







czwartek, 25 kwietnia 2013

Słoneczna suszarnia


By nie kupować jedzenia w sklepie warto przypomnieć sobie starą, zakurzoną wiedzę. Dużo wysiłku wkładamy w uprawę warzyw i owoców. Przechowanie ich przez zimę aż do następnego sezonu wymaga specjalnej techniki. Mnie interesują techniki proste, które nie są oparte o takie zdobycze cywilizacji jak na przykład prąd elektryczny. Lubię wolność i myśl, że mam być przywiązany do sieci energetycznej zachęca mnie do poszukiwania prostszych, czyli przeważnie starszych rozwiązań. Przechowywanie w ziemiance, w kopcu czy w formie przetworów w occie lub kiszonek, pasteryzowanie i wekowanie, długie dojrzewanie serów i wędlin, wędzenie – to metody mi bliskie. Przez zimę robiłem sporo prób i wydaje mi się, że suszenie warzyw, owoców czy grzybów wygląda na dobrą metodę. Szczególnie, jeśli jedynym źródłem energii będzie darmowe słońce.

Zainspirowany artykułem w Permaculture Magazine zbudowałem tę oto suszarnię słoneczną.


Sama praca nad suszarnią w czasie długich zimowych wieczorów była już dużym relaksem J. Suszarnia to pudło zrobione z wodoodpornej sklejki. Na górze jest umieszczona pod kątem szyba. W środku pudła znajdują się dwie półki na suszonki, a pod pułkami jest blacha pomalowana na czarno. Półki leżą na listewkach i można je swobodnie wyciągnąć przez drzwiczki.



Dolne drzwiczki dają dostęp do półek, a górne pozwalają na regulację temperatury i wentylacji. W dnie pudła jest prostokątny otwór zajmujący ok. ¼ powierzchni. Otwory w suszarni są zabezpieczone przed owadami siatką. Dzięki temu po zamknięciu suszarni nie dostanie się do niej zbyt wiele nieproszonych gości.




Powietrze wchodzi dołem i ogrzewa się w kontakcie z czarną, metalową blachą. Następnie ogrzane powietrze suszy produkty leżące na tackach i wylatuje górą przez otwory wentylacyjne. Tacki zrobiłem ze sklejki i plastikowej siatki przymocowanej zszywkami tapicerskimi.

Wreszcie zrobiło się cieplej, więc pora na wypróbowanie suszarni. Na próbę wziąłem jabłka, pomidory i korzeń pietruszki. Jabłka i pietruszka potrzebowały dwóch słonecznych dni do wysuszenia. Gdybym je pokroił na cieńsze plasterki to efekt byłby jeszcze szybszy. Suszarnia stoi na balkonie, na którym słońce pojawia się koło 11:00. Gdyby stała w pełni odsłoniętym miejscu to zyskałbym jeszcze sporo dodatkowych godzin pracy mojej suszarki. Dodatkowo w lecie będzie cieplej, więc suszarnia powinna działać na dopalaczu. Podczas pierwszego suszenia starałem się utrzymywać temperaturę w okolicach 45 stopni, ale zdarzało się, że termometr wskazywał nawet 60. Temperaturę można zmniejszać uchylając okienko wentylacyjne. Suszarka ma dwie półki i jest w niej jeszcze miejsce na trzecią, którą dorobię przed głównym sezonem.

Suszyć można prawie wszystkie rośliny. Świetnie smakują suszone wiśnie. Suszony agrest jest pyszny jako dodatek do herbaty, choć sam też jest smaczną przekąską. Cienko pokrojone plasterki korzenia pietruszki zrobione przez moją mamę schodziły przez święta w mig i podobnie jak chipsy ziemniaczane wymagają zjedzenia całej paczki do końca J. Świetnie smakują też suszone maliny. Z pewnością przed jesienią pochwalę się ciekawymi, nietypowymi suszonkami.

Co mogę powiedzieć o pierwszych próbach suszenia w mojej suszarce? Dwa dni intensywnego, wiosennego słońca wystarczą wielu warzywom. Na noc chowałem suszonki do domu, by nie nabrały wilgoci. Pomidory potrzebują więcej czasu, choć w moim przypadku pierwsza testowa partia nie dotrzymała trzeciego dnia. Miały tak intensywny zapach, że domowe głodomory zjadły wszystkie. Cudem rzutem na taśmę udało mi się zrobić tytułowe zdjęcie do tego postu J. W książkach ogrodniczych dużo piszą o szkodnikach. Ja się jednak obawiam, że w moim projekcie największe zagrożenie stanowi nieopisany szkodnik – czyli wspomniany domowy głodomór. Zjada wszystko i jest pod ochroną, więc trudno z nim walczyć. Jedyna sensowna taktyka obronna przypomina tę na dzikie zwierzęta – posadzić więcej i umożliwić głodomorom na tyle solidny wypas, by zostawiły coś dla mnieJ.

Ogólnie suszarka działa bardzo dobrze, choć można się doszukać kilku mankamentów. Przede wszystkim może być zbyt mała – szczególnie, gdybym chciał w przyszłości uniezależnić całą rodzinę od zakupów jedzenia. W okresie żniw pojawi się tak wiele płodów, że dwie półki do tego zajęte przez dwa dni z pewnością nie wystarczą. Być może bardziej przyjazną dla środowiska metodą byłoby wykorzystanie starej lodówki i wstawienie szyby w drzwi. Od razu zyskałbym więcej półek, a przy okazji stare urządzanie zamiast rozkładać się przez dziesięć tysięcy lat służyłoby dalej. Nakład pracy też byłby znacznie mniejszy, a pomalowanie przez dzieci boki lodówki byłoby okazją do dobrej zabawy i sprawiłoby, że suszarnia nie straszyłaby w ogrodzie.

Drugim ograniczeniem jest słoneczna pogoda, a w zasadzie jej brak. Wydaje się, że w momencie natłoku dojrzewających płodów trzeba będzie stosować różne metody konserwacji w zależności od pogody. Suszenie jest mało czasochłonne i stanowi dobre uzupełnienie innych metod. W słoneczne dni można więc suszyć, a w deszczowe przestawić się na inne sposoby.

Czy macie doświadczenie z długim przechowywaniem różnych suszonych warzyw, owoców i grzybów? Spróbuję wkładać je do dużych słoi, by nie nabrały wilgotności z pomieszczeń. Może jednak macie jakieś inne pomysły? Na co warto zwracać szczególną uwagę? Nie chciałbym, by moje zapasy zimowe się zepsuły, więc wszelkie porady wynikające z Waszej praktyki są dla mnie cenne.


piątek, 29 marca 2013

Żniwa zimą



Zima jest piękna, ale w naszym klimacie na przednówku brakuje jedzenia. Szczególnie w takim roku jaki mamy obecnie. Zapasy zimowe już się kończą lub tracą świeżość, a wiosenne płody jeszcze nie są gotowe na stół. Wydawało mi się, że to najtrudniejszy okres gdy jest się samowystarczalnym. Kolega dał mi dwie cenne rady: kiełkuj na przednówku ziarna – to źródło witamin i energii życiowej oraz … uprawiaj warzywa zimą. W ten sposób dzięki Markowi dotarłem do kolejnego „wariata”, który rozszerza tradycyjne rolnictwo. Eliot Coleman w swojej książce „The Winter Harvest Handbook” łamie powszechne przekonanie, że zima to czas spoczynku dla wszelkich upraw.

Wypracowaną przez lata metodę Eliota można podsumować w ten sposób:

1.      Warzywa uprawiamy w tunelu foliowym z dodatkową warstwą folii tuż nad uprawami.
2.      Odpowiednio dobieramy terminy wysiewu.
3.      Uprawiamy warzywa, które są odporne na niskie temperatury.

Jeśli jesteście zainteresowani szczegółami to polecam zakup wspomnianej wcześnie książki, w której jest sporo zdjęć i szczegółowych opisów poszczególnych technik.

Przybliżę nieco metodę Eliota. Nad grządkami w tradycyjnym tunelu foliowym przygotowuje się proste druciane rusztowanie. Gdy temperatura spada to rośliny przykrywane są drugą warstwą lekkiej folii – tak jakby kołdrą. Na rysunku poniżej starałem się przekazać jak to wygląda.


Ta foliowa kołderka nad roślinami jest znacznie cieńsza od tej, z której zbudowany jest tunel.
Dołożenie drugiej warstwy ochronnej ponoć czyni dużą różnicę i pozwala odpornym roślinom przetrwać, gdy na zewnętrz temperatura spada poniżej -22 stopni. W efekcie podwójna ochrona daje taki sam efekt jak przeniesienie uprawy o dwie amerykańskie „strefy klimatyczne” na południe.


W mroźną zimę tuż po wschodzie słońca rośliny są przykryte szronem. Gdy tylko słońce zacznie oświecać tunel foliowy szron schodzi z roślin i ziemi pozwalając na znacznie spowolniną – ale jednak wegetację.

Eliot stosuje zarówno duże tunele foliowe o wymiarach 7 m x 14 m oraz małe o szerokości ok. 2 m i wysokości ok. 1,2 m. Te duże raczej nadają się do zastosowań profesjonalnych – Eliot żyje ze sprzedaży warzyw, ale małe tunele z podwójnym przykryciem wydają się ciekawym rozwiązaniem dla pasjonatów.

Tunele są ruchome - duże są instalowane na szynach i można je przesuwać wzdłuż dłuższej krawędzi. Małe po prostu się rozbiera i przestawia w nowe miejsce. Mobilność tuneli daje większą elastyczność w uprawach i między innymi dzięki dobrej wentylacji sprzyja utrzymaniu ziemi w dobrej kondycji.

Przez lata prób i błędów Eliot wybrał odpowiednie warzywa i ich odmiany, które najlepiej sprawdzają się w warunkach zimowych. Najważniejsze z nich to:

  • marchewka – siana w ostatnim tygodniu lipca / na początku sierpnia na zbiory październikowe / listopadowe. Przy podwójnej ochronie foliowej marchewki można zbierać świeże aż do lutego. Świeże „zimowe” marchewki, razem z zieloną natką będącą dowodem na brak przechowywania w chłodniach schodzą ponoć na pniu w lokalnych sklepach.
  • szpinak – zasiany na zewnątrz w drugim lub trzecim tygodniu sierpnia i przykryty podwójnym foliakiem w październiku nadaje się do pierwszego zbioru na Święto Dziękczynienia (28 listopada) i daje później jeszcze cztery zbiory z tych samych roślin aż do kwietnia. Połowę powierzchni foliaków Eliota zajmuje szpinak.
  • por – opisana metoda pozwala na zbiór porów praktycznie przez cały rok,
  • roszponka,
  • rzodkiewka,
  • cebula i szalotka,
  • buraki,
  • ziemniaki,
  • sałaty.

Metoda Eliota Colemana pozwala na wydłużenie okresu wegetacji oraz wydłużenie okresu żniw. Niektóre z warzyw możemy zbierać świeże w zimie. Gospodarstwo Elita leży w Maine, gdzie zimą mrozy sięgają do -29 stopni, więc warunki nie wyglądają na znacząco różne od naszych.

W książkach Eliota znajdziecie szczegóły dotyczące jego metody. Ja chciałem jedynie przybliżyć ciekawy pomysł dający nowe możliwości i nie wymagający ani dużego nakładu dodatkowej pracy, ani dodatkowego ogrzewania.

Aby od czerwca mieć już jakieś pożywne warzywa zamierzam spróbować uprawy ziemniaków metodą Eliota w mini foliaku o szerokości 1.6m i długości 3m. Oto szczegółowy przepis Eliota. W połowie lutego przenosimy ziemniaki do pomieszczenia z temperaturą ok. 21 stopni, by z oczek zaczęły wyrastać pędy. W połowie marca ziemniaki są sadzone do „podwójnych” tuneli. Jeżeli są przewidywane duże mrozy to Eliot zaleca przykrycie na noc roślin dodatkową (trzecią) warstwą izolacyjną. Pierwsze ziemniaki są zbierane w połowie maja. Grządka ma ok. 75 cm szerokości i na tej szerokości mieszczą się dwa rzędy warzyw. Odstępy pomiędzy poszczególnymi roślinami wynoszą 20 – 30 cm.

Jeśli wiosna pojawi się niedługo to powinienem zdążyć z ziemniakami do 1 czerwca. Trzymajcie kciuki :).

---
Powiązane tematy:

Posiłek spod śniegu


niedziela, 17 lutego 2013

Miejskie ogrody


Od czasu, gdy interesuję się ogrodami i rolnictwem zastanawia mnie pewien paradoks. Z jednej strony coraz częściej narzekamy na złą jakość jedzenia oferowanego przez supermarkety i marzymy o świeżej, aromatycznej marchewce czy jabłku. Z drugiej strony jadąc do pracy przez zielone miasto – jakim jest Bielsko-Biała – widzę same nieużytki. Mnóstwo niewykorzystanej ziemi. Wokół domów i w przestrzeni publicznej króluje styl cmentarny – równiutka trawka, kamyczki i ustawione w szeregu, wyprężone jak żołnierze thuje - strzegące posesji. Na osiedlach styl cmentarny lub zaniedbane zarośla. Zieleń co raz bardziej – po europejsku, czyli w myśl zasady „Ordnung muss sein” – równiuśka, pełna kątów prostych lub w ostateczności idealnych łuków. Natura wydaje się zacofana i nie rozumie europejskiej mody. Trzeba więc wkładać mnóstwo wysiłku, by styl cmentarny nie nabrał broń Boże życia. Armia kosiarzy, przycinaczy, dmuchaczy, grabiarzy, pakowaczy liści i innych strażników cmentarnych wyposażonych w hałaśliwe, spalinowe sprzęty prowadzi niezmordowaną walkę z uparcie rodzącą naturą. Mimo masy zieleni praktycznie nigdzie nie widać drzew czy krzewów owocowych lub warzyw. Czy nie było by miło przechodząc przez osiedle zerwać dojrzałe jabłko lub gruszkę? Dlaczego tu czy ówdzie nie może powstać grządka dająca zdrowe warzywa i okazję kontaktu z sąsiadami? Dlaczego idąc do parku nie można by wrócić z koszem owoców na świeży kompot? Zrobiłem dwa lata temu samowolę ogrodniczą i posadziłem u nas na osiedlu kilkanaście krzewów smacznych, deserowych odmian winorośli (BTW: czytałem ostatnio, że w Stanach za takie samowolki nawet na własnej działce grożą spore grzywny). 

Jak widać na zdjęciach krzewy pięknie rosną, rodząc bujne kiście słodkich owoców. Oprócz obaw kilku sąsiadów, że rośliny przyciągają pszczoły czy osy, spotykam się raczej z przychylnością. Sąsiedzi widzieli już wiele – między innymi obornik czy owieczki na pace mojego Nissana – więc zdążyli się już przyzwyczaić do dziwactw J.

Okazuje się jednak, że „styl cmentarny” nie zawsze obowiązywał w europejskich miastach. Paryż pod koniec dziewiętnastego wieku był niedoścignionym wzorem intensywnego ogrodnictwa miejskiego. Jedna szesnasta powierzchni miasta była przeznaczona na uprawę warzyw. Ogrodnicy z tamtych czasów dopracowali do perfekcji metody uprawy na małej powierzchni. Umiejętne dobieranie terminu wysiewu gwarantowało, że ziemia zawsze pracowała. Zimą grządki były podgrzewane przez sterty obornika rozkładającego się i wytwarzającego ciepło. Przykrywano nawet na noc pojedyncze rośliny pod specjalne klosze, nad którymi rozciągano dodatkowo maty ze słomy. Ogromna praca fizyczna, jeszcze więcej pomysłowości w efekcie powodowało, że Paryż był w dużym stopniu niezależny żywieniowo.

O ogrodach Paryża wyczytałem we wstępie książki Eliota Colemana „The Winter Harvest Handbook”, o której chciałem dziś napisać, ale dygresja o miejskich ogrodach się rozwinęła J. W następnym wpisie obiecuję więc streszczenie metody zimowej uprawy warzyw wypracowanej przez Eliota, którą można zastosować w naszym klimacie. Bez ogrzewania.

Pora zmienić nasze miasta w bardziej żywe. Kapuściani rebelianci łączcie się! Bierzcie się do roboty na wiosnę! Twórzcie o zmroku osiedlowe samowole warzywne! Pod osłoną nocy zasadźcie jabłonie w parku! Wrzucajcie kule nasienne – najlepiej z zakazanymi roślinami  – przez płot na Wiejską, czy do terenowych oddziałów Partii. Nie lękajcie się! „Skazany na 2 lata za nielegalną uprawę kapusty” – to brzmi dumnie J.


niedziela, 20 stycznia 2013

Pszczoły i inne źródła słodkości


Długo się nie odzywałem, ale zależało mi na tym, by nie pisać tylko o planach i teorii. Nie jest to łatwe, gdy pół metra śniegu przykrywa grządki J. Udało mi się jednak zrobić praktyczny postęp. Przez Święta zbudowałem mój pierwszy ul. Po długim dniu pracy biurowej i podróżowaniu tam i z powrotem do Warszawy praca piłą, ręczne szlifowanie, malowanie olejem lnianym i woskiem pszczelim to duża przyjemność i relaks.

Planując odżywianie się tylko i wyłącznie z własnych płodów trudno się obejść bez zamiennika cukru. Tak naprawdę to popularny dziś cukier jest zamiennikiem tych źródłowych cukrów i trzeba jedynie odtworzyć znane od tysiącleci metody.

Poza zwykłym dosładzaniem potraw źródło cukru jest również przydatne do przygotowania innych produktów, np. octu, który z kolei będzie dla mnie zamiennikiem cytryny J. No i miło będzie popijać miód pitny, by nie żyć tylko wodą, mlekiem, serwatką i kompotami.

Źródłem zagęszczonego cukru w moich planach jest miód. Natrafiłem na bardzo inspirującą książkę „The Barefood Beekeeper”, której zachęcający, bezpłatny fragment jest dostępny na stronie biobees.com. Phil Chandler opisuje we wspomnianej książce uproszczoną metodę hodowli pszczół opartą na trzech założeniach:

  1. pszczelarz w minimalnym stopniu ingeruje w naturalny rytm życia pszczół,
  2. nic, co jest szkodliwe nie jest wprowadzane do ula i nic nie jest zabierane z ula jeśli miało by spowodować uszczerbek dla pszczół,
  3. pszczoły wiedzą co robią. Nasze zadanie polega na ich zrozumieniu i zapewnieniu optymalnych warunków.
Po przeczytaniu tej książki po raz kolejny dostrzegam ciekawą analogię. Jest „oficjalna” medycyna nastawiona na leczenie objawowe, traktowanie człowieka jak samochodu w serwisie i jest starożytna medycyna naturalna, która stara się wyleczyć chorobę u źródła, mając całościowy pogląd na organizm. Jest rolnictwo „oficjalne” nastawione na leczenie objawowe. Uprawę traktuje się niczym sterowanie robotem  aplikując odpowiednią porcję herbicydów, fungicydów, pestycydów i innych cydów, a następnie uzupełnia się zniszczenie i wyjałowienie gleby kolejnymi sztucznymi środkami. Z drugiej strony jest rolnictwo naturalne, permakultura, tacy ludzie jak Bill Mollison, Masanobo Fukuoka czy Sepp Holzer, którzy nie walczą z przyrodą lecz z nią współpracują. Problemy rozwiązują skupiając się na przyczynach, a nie objawach. Stosują metody, dzięki którym z biegiem czasu nie następuje degradacja środowiska.  Okazuje się, że ta sama dwoistość występuje w pszczelarstwie. Jest pszczelarstwo „głównego nurtu” i rebelianci tacy jak Philips Chandler. Nie zastanawiając się długo poszedłem intuicyjnie w tym rebelianckim kierunku.

Jak trzypunktowe założenia opisane powyżej przekładają się na konkrety hodowli pszczół? Podstawą jest odpowiedni ul. Chandler wykorzystuje ule bezbramkowe stosowane przez pszczelarzy w Kenii (Kenian Top Bar Hive – KTBH).  Taki ul można łatwo samodzielnie zbudować – szczegółowy opis budowy ula dostępny jest tutaj.

W stosowanych powszechnie w Polsce i na świecie ulach używa się węzy, czyli szablonu z wytłoczonymi kształtami komórek plastra pszczelego. Stosując ul bezbramkowy pszczelarz zakłada, że pszczoły wiedzą lepiej jak duże plastry miodu budować i jakie powinny być wymiary i rozmieszczenie komórek. Pszczoły przytwierdzają plaster miodu do kawałka listewki. Listewki będą ułożone jedna obok drugiej w poprzek ula, a jego konstrukcja pozwala na elastyczne powiększanie miejsca dostępnego dla rodziny pszczelej.

Działając w zgodzie ze swoim drugim założeniem Chandler nie stosuje dokarmiania pszczół zwykłym cukrem, co jest powszechne w tradycyjnym pszczelarstwie. Według mnie rozsądnie zakłada, że jeżeli rafinowany cukier nie jest naturalnym pokarmem pszczół i jest szkodliwy dla ludzi, to należy go unikać wytwarzając miód. W konsekwencji ilość miodu dostępnego dla pszczelarza jest mniejsza, bo musi on zostawić pszczołom tyle miodu, by przetrwały zimę. Mniejsza ilość miodu jest kompensowana lepszym zdrowiem pszczół, co dla pszczelarza-amatora jest równie ważne.

Konstrukcja ula pozwala na jego łatwą rozbudowę, a nawet na umieszczenie dwóch rodzin pszczelich w jednym ulu. Przegląd rodziny pszczelej odbywa się mniej inwazyjnie niż ma to miejsce w tradycyjnych ulach.

Pszczelarz głównego nurtu musi być wyposażony w całą gamę osprzętu. Metody Chandlera oraz ul bezbramkowy powodują, że całym osprzętem będzie nóż, jasna koszula, kapelusz zabezpieczający pszczelarza oraz prosty spryskiwacz – jaki wykorzystuje się przy prasowaniu.

W planach hodowla pszczół uproszczoną metodą nie wygląda na duże przedsięwzięcie. Powinno się udać pracując po godzinach z ewentualnym wsparciem rodziny.

Pojawia się jednak problem – w pierwszym roku nie będę mógł zbytnio obrabować pszczół. Mogę jedynie skosztować odrobiny własnego miodu, a na większe zbiory muszę się nastawić dopiero w drugim roku.

Czy mój ul i nieszablonowa metoda pszczelarstwa sprawdzi się w dość surowych górskich warunkach? Jak zwykle jestem dobrej myśli J. Nie chciałbym wywołać dyskusji na temat wyższości tradycyjnego ula nad bezbramkowym. Z pewnością oba rozwiązania mają zalety i wady. Ja wybrałem ul bezbramkowy i przez jakiś czas – jeśli nie polegnę – chcę się na nim skupić.

Planuję drugi sposób wytwarzania zagęszczonego cukru. Na wiosnę chcę zrobić żniwa oskoły czyli soku brzozowego. „Na przednówku, kiedy w organizmach brakowało witamin, a po zimowym jadłospisie organizmy pragnęły świeżych produktów, oskoła była dużym urozmaiceniem i wzbogaceniem menu Słowian” piszą Hanna i Paweł Lis w książce „Kuchnia Słowian” (Krzychu: dzięki za świetną rekomendację J).

Sok brzozowy zbieramy przez dość krótki czas na wiosnę od momentu, kiedy grubieją pąki liściowe. Po stronie północnej pnia wierci się otwór, z którego wkładamy rurkę. Sok spływa do naczynia.

Mam kilka brzóz, więc soku będzie w sam raz. Odparowując sok brzozowy powinienem otrzymać syrop brzozowy – podobny w sposobie wytwarzania do popularnego w Kanadzie syropu klonowego. Przykład wyrobu syropu brzozowego znajdziecie między innymi tu.

No, to teoretycznie miód już mam J. Może ktoś dołączy i na wiosnę postawi swój pierwszy ul bezramkowy? Dobrze będzie wymienić doświadczenia.