niedziela, 17 lutego 2013

Miejskie ogrody


Od czasu, gdy interesuję się ogrodami i rolnictwem zastanawia mnie pewien paradoks. Z jednej strony coraz częściej narzekamy na złą jakość jedzenia oferowanego przez supermarkety i marzymy o świeżej, aromatycznej marchewce czy jabłku. Z drugiej strony jadąc do pracy przez zielone miasto – jakim jest Bielsko-Biała – widzę same nieużytki. Mnóstwo niewykorzystanej ziemi. Wokół domów i w przestrzeni publicznej króluje styl cmentarny – równiutka trawka, kamyczki i ustawione w szeregu, wyprężone jak żołnierze thuje - strzegące posesji. Na osiedlach styl cmentarny lub zaniedbane zarośla. Zieleń co raz bardziej – po europejsku, czyli w myśl zasady „Ordnung muss sein” – równiuśka, pełna kątów prostych lub w ostateczności idealnych łuków. Natura wydaje się zacofana i nie rozumie europejskiej mody. Trzeba więc wkładać mnóstwo wysiłku, by styl cmentarny nie nabrał broń Boże życia. Armia kosiarzy, przycinaczy, dmuchaczy, grabiarzy, pakowaczy liści i innych strażników cmentarnych wyposażonych w hałaśliwe, spalinowe sprzęty prowadzi niezmordowaną walkę z uparcie rodzącą naturą. Mimo masy zieleni praktycznie nigdzie nie widać drzew czy krzewów owocowych lub warzyw. Czy nie było by miło przechodząc przez osiedle zerwać dojrzałe jabłko lub gruszkę? Dlaczego tu czy ówdzie nie może powstać grządka dająca zdrowe warzywa i okazję kontaktu z sąsiadami? Dlaczego idąc do parku nie można by wrócić z koszem owoców na świeży kompot? Zrobiłem dwa lata temu samowolę ogrodniczą i posadziłem u nas na osiedlu kilkanaście krzewów smacznych, deserowych odmian winorośli (BTW: czytałem ostatnio, że w Stanach za takie samowolki nawet na własnej działce grożą spore grzywny). 

Jak widać na zdjęciach krzewy pięknie rosną, rodząc bujne kiście słodkich owoców. Oprócz obaw kilku sąsiadów, że rośliny przyciągają pszczoły czy osy, spotykam się raczej z przychylnością. Sąsiedzi widzieli już wiele – między innymi obornik czy owieczki na pace mojego Nissana – więc zdążyli się już przyzwyczaić do dziwactw J.

Okazuje się jednak, że „styl cmentarny” nie zawsze obowiązywał w europejskich miastach. Paryż pod koniec dziewiętnastego wieku był niedoścignionym wzorem intensywnego ogrodnictwa miejskiego. Jedna szesnasta powierzchni miasta była przeznaczona na uprawę warzyw. Ogrodnicy z tamtych czasów dopracowali do perfekcji metody uprawy na małej powierzchni. Umiejętne dobieranie terminu wysiewu gwarantowało, że ziemia zawsze pracowała. Zimą grządki były podgrzewane przez sterty obornika rozkładającego się i wytwarzającego ciepło. Przykrywano nawet na noc pojedyncze rośliny pod specjalne klosze, nad którymi rozciągano dodatkowo maty ze słomy. Ogromna praca fizyczna, jeszcze więcej pomysłowości w efekcie powodowało, że Paryż był w dużym stopniu niezależny żywieniowo.

O ogrodach Paryża wyczytałem we wstępie książki Eliota Colemana „The Winter Harvest Handbook”, o której chciałem dziś napisać, ale dygresja o miejskich ogrodach się rozwinęła J. W następnym wpisie obiecuję więc streszczenie metody zimowej uprawy warzyw wypracowanej przez Eliota, którą można zastosować w naszym klimacie. Bez ogrzewania.

Pora zmienić nasze miasta w bardziej żywe. Kapuściani rebelianci łączcie się! Bierzcie się do roboty na wiosnę! Twórzcie o zmroku osiedlowe samowole warzywne! Pod osłoną nocy zasadźcie jabłonie w parku! Wrzucajcie kule nasienne – najlepiej z zakazanymi roślinami  – przez płot na Wiejską, czy do terenowych oddziałów Partii. Nie lękajcie się! „Skazany na 2 lata za nielegalną uprawę kapusty” – to brzmi dumnie J.


22 komentarze:

  1. Genialne :) Ja sieję propagandę na balkonie :) Może przestrzeń mniejsza ale sąsiedzi zaglądają z zaciekawieniem co za czerwone kulki mam na krzakach ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. W 100% się zgadzam!! :) Posiałeś już coś do doniczek? Teraz jest dobry czas na wysianie sałaty masłowej. A tak wogóle to kierujesz się kalendarzem księżycowym?

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, kalendarzem księżycowym się (jeszcze) nie kieruję, bo duża ilość informacji dot. rolnictwa i ogrodnictwa mnie trochę przytłacza :). Pewnie w przyszłym sezonie się tym zainteresuję. A Tobie ta metoda działa? Lepsze są efekty sadzenia zgodnie z fazami księżyca? Pozdrawiam :).

      Usuń
    2. Czy są lepsze to nie wiem, bo nie mam porównania - zawsze zaglądam do kalendarza i efekty są zadowalające. Na tej stronie: http://www.rytmnatury.pl/kalendarz-ksiezycowy-dom-i-ogrod-luty-2013 jest rozrysowany kalendarz na każdy dzień, co baardzo ułatwia sprawę. Wystarczy w danym dniu spojrzeć sobie co warto zrobić, np. wyrwać chwasty lub co nie, np. nie podlewać. Nawet jak zbierzesz warzywa na zimę w odpowiednim czasie to będą się dłużej trzymać. Powodzenia! :)

      Usuń
  3. W stolicy dużo jest nielegalnych upraw, szczególnie na nieużytkach wzdłuż torów kolejowych. Są one obecnie sukcesywnie likwidowane. Warzywne uprawy trawnikowe są problematyczne, z uwagi na plagę załatwiających się tu psów, po których jeszcze większość właścicieli nie sprząta. Inny problem, to zanieczyszczenie powietrza i gleby, wielokrotnie stwierdzane na terenach ogródków działkowych. I choć serce się do warzywnej samowoli rwie, rozum jednak podpowiada, że może jednak im dalej od Wiejskiej, tym zdrowiej :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Warszawa rzeczywiście pewnie nie jest wymarzonym miejscem do upraw partyzanckich :). U nas w Bielsku-Białej jest chyba dość czysto, więc coś na wiosnę dosadzę :).

      Usuń
    2. jestem z warszawy i słyszałem że zanieczyszczenie stanowi problem z glebą ale że jeżeli zrobimy to na własnej glebie wolnej od zanieszczeń to będzie dobrze. więc zrobiłem pionowy ogród w mieszkaniu na ścianie przy oknie i startuję. zobaczymy jak będzie, myślę że smacznie ;)
      ogród zrobiłem totalnie budżetowo ze starych ikeowskich sakiew (3kolumny 6 rzędów kieszeni) wyłożonych torbami foliowymi dla uszczelnienia i wysypanych ziemią do kwiatów z biedronki. wyszło bardzo ładnie, jak rośliny pójdą w górę to zarosną sakwyi będzie zielono na ścianie :D ale myślę że jak ktoś ma trochę materiału w domu i maszynę do szycia to też będzie dobrze :D
      myślę też nad uprawą na dachu bloku tylko muszę klucze jakoś zdobyć ;) macie jakieś pomysły?
      pozdrawiam wszystkich miastowych ogrodników :D
      chciałbym też zaprosić na moją strone http://psyart.pl - sklep ze sztuką psychodeliczną ;)

      Usuń
  4. Bardzo fajny artykuł , może rozpropagujesz zwyczaj w naszej Ojczyźnie . Są kraje , w których jest to bardzo modne i powszechne .Obawiam się metali ciężkich i innego paskudztwa.
    Jednak, z niepokojem czekam na Twoje przygotowania do czerwca , również chcę stosować w diecie głównie warzywa i owoce własnej produkcji . Czas już na sianie rozsady. Wstawiłam jajka do wylęgu dzisiaj wykluły się dwa w marnej kondycji kurczęta .
    Jest roślinka której nasionka po uprażeniu przyrządzą się jak kawę .
    Ogólnie to uważam , że nie dasz rady (albo , jeśli jesteś bardzo zawzięty wykończysz organizm ) jednak bardzo bym chciała , żeby Ci się udało .

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Motywujesz mnie :). Organizm na razie stracił 10 kg, ale dzięki ziołom świetnie się czuję, a za parę dni już będę miał pożywne jedzenie, więc powinienem wyjść na prostą. Pozdrawiam!

      Usuń
  5. Czemu nie da rady? Jak tylko ma przekonanie i chęci do tego co chce zrobić to nic nie stanie na przeszkodzie! Ja uprawiałam niewielki warzywniak (100m2) przez 3 lata w tym systemie - permakulturze. W tym samym czasie uczyłam dzieci w domu i chodziłam w ciąży :)
    Niestety nie było to moje, ale już w maju przenoszę się na wiochę i zaczynam ponownie!
    Co do kalendarza księżycowego, to stosowałam w ostatnim roku upraw i lepiej kiełkowały, a i bardziej soczyste zbiory były :) Teraz też będę stosowała :)

    OdpowiedzUsuń
  6. Też w tym roku przykładam się do ogródka , przeżywam wręcz fascynację samowystarczalnością. Podkreślam , że życzę Igorowi z całego serca , aby dał radę, ale chyba się nie da nic nie kupować. Pożyjemy zobaczymy.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :). Już zrobiłem kilka małych wyjątków - głównie sól do konserwacji. Pozdrawiam

      Usuń
  7. Hej!
    Ja myślałam nad zgodnym z prawem obsadzaniem. Jakiś projekt inicjatywy do urzędu miasta czy coś. Na początek jedno miejsce a jaby się to spodobało, to na pewno chcieliby więcej.
    Druga sprawa - taki owoc/jarzynka z uprawy miastowej z pewnością aż tak "szkodliwa" nie jest poprzez zawarte weń (czysto teoretycznie) zanieczyszczenia w porówaniu z jarzynkami z targu od rolników traktujących je wielokrotnie środkami różnej maści w tym roundapu (jak np. ziemniak - o takich powszechnych praktykach ku mej trwodze opowiadała mi ostatnio babcia). I to na takiej zapadłej wsi dziwią się i stukają w łeb jak ktoś tego nie robi (jak np. moi dziadkowie właśnie). Także obawa przed zjedzeniem miastowego owocu/warzywa wydaje się raczej bezpodstawna ;)
    No i nie wydaje mi się, ażeby ktoś pozwolił się załatwić psu do ogródka warzywnego. Musiałby być niezłym degeneratem społecznym (choć niestety takich nie brauje). Oglądałam kiedyś program o dzikich śmietniskach. Ludzie przyłazili pod osłoną nocy i zawsze w jedno miejsce wyrzucali wory ze śmieciami (jakać mała uliczka w mieście). Posadzono tam więc kwiatki i jakaś kamerka rejestrowała zachowanie delikwentów. Mimo, że zawsze było tam mase worków, po posadzeniu kwiatów nikt nie zostawił tam swoich śmieci, choć sporo szło w znane miejsce z takim zamiarem.
    K.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej, ja tam nie lubię rozmawiać z władzą. Będę więc w wolnym czasie robił nasadzenia w miejscach publicznych nie pytając "samorządu" o zgodę. Najwyżej niech wlepią mandat lub aresztują za posadzenie winogron na skwerze :).

      Usuń
  8. Moje rozsady pięknie pną się w górę, nawet do ziemi co-nie-co wylądowało, a tu u Pana Ogrodnika cisza...

    OdpowiedzUsuń
  9. Za ciszę przepraszam :). Niedługo się odezwę, bo sporo przygotowań :). Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  10. ciekawe sa obawy dotyczace jakosci roslin uprawianych w miastach - zanieczyszczenie itp. a tym warzywom i owocom kupowanym w sklepach czy na bazarkach ufamy bezmyslnie. one sa zdrowe i w takich czystych ekologicznie miejscach rosna ... ja zdecydowanie wole warzywko z "zanieczyszczonych" miejskich ogrodkow dzialkowych, niz ze zdrowego pola polozonego przy autostradzie lub jakiejs fabryce, ochlaponaego nie wiadomo jakimi nawozami sztucznymi.

    OdpowiedzUsuń
  11. http://www.youtube.com/watch?v=-uDbjZ9roEQ

    OdpowiedzUsuń
  12. a propos pryskania ziemniaków roundupem (swoją drogą metoda powszechnie stosowana już za komuny) - glifosatem (składnik czynny roundupu) pryska się teraz WSZYSTKIE uprawy zbozowe, ziemniaki, kaszę gryczaną i ogółnie wszystkie ziarenka. Powód? wiele "ziarenkowych" nie dojrzewa rónomiernie i nie da się ładnie młócić w kombajnie, a po zabiciu glifosatem cała roślina usycha (także te niedojrzałe ziarenka, łodygi itp.) i nie robi już takich problemów tylko ładnie się osypuje i nie zapycha kombajnu, a poza tym pozwala to na jednorazowe zebranie całego plonu (czas, czas i jeszcze raz koszta;). W uprawie ziemniaków chodzi właśnie o łodygi, które nie plączą sie przy wykopywaniu.

    OdpowiedzUsuń
  13. Po pierwsze dzieci na blokach sa uczone że wszystko co jest z dworu to jest brudne, i niewolno tego przynosić do domu. Tak mieli wszyscy moi rówieśnicy. Po drugie czasami gdzieniegdzie rośnie jakieś drzewo owocowe w mieście i nikt z niego nie zbiera. Dlaczego? Bo jest "brudne" i obciach przez sąsiadami, lepiej kupić na targu to samo i mieć "czyste". Byłam jedynym dzieckiem na blokach które jadło mirabelki, reszta się bała, że się zatruje. Po trzecie są ogródki działkowe. Każdy mieszkaniec bloków może sobie taką wykupić czy wynająć i tam sadzić co mu się podoba.
    Zosia

    OdpowiedzUsuń
  14. Mirabelki - smak mojego dzieciństwa. Jadłam te rosnące przy wysypisku śmieci. Inne dzieci to samo. Wszyscy żyjemy.

    A co do zanieczyszczenia miast, sporo ostatnio było artykułów w prasie o tym, że to miasteczka i wsie są bardziej zanieczyszczone niż miasta, bo największe zanieczyszczenia pochodzą z domów ogrzewanych piecami. Ludzie palą w piecach nie tylko węglem, ale i wszystkim, co mają pod ręką, w tym plastikowymi butelkami. Wychowałam się w takim miasteczku i miałam astmę. Jak tylko przeprowadziłam się do Warszawy, astma ustała samoistnie. Miejskie ciepłownie muszą spełniać pewne wymogi ochrony środowiska, a właścicielom domów prawo nie stawia takich wymogów.

    OdpowiedzUsuń