czwartek, 1 sierpnia 2013

Nie jest łatwo – pierwsza „porażka”

Gdy zbliżał się pierwszy czerwca spodziewałem się kłopotów. W ogrodzie prawie nic nie nadawało się jeszcze do jedzenia. Nie zdążyłem przygotować się do zakupu kur. Nie chciałem też zacząć mojego eksperymentu od zjedzenia owcy tylko dlatego, że nie przewidziałem trudności.

No więc pierwsze dwa tygodnie czerwca były czasem dzikich ziół. Jadłem pokrzywę, korzeń i ogonki liściowe łopianu, koniczynę, szczaw, babkę, liście mlecza. Rarytasem był kawałek cebuli siedmiolatki posadzonej zeszłej jesieni. Zostało mi z zeszłego roku odrobinę „gorszych” kawałków baraniny – szyja i żeberka.

Takie jedzenie spowodowało szybki spadek wagi. W ciągu dwóch tygodni ubyło mi dwanaście kilko i osiągnąłem poziom 70 kg, który sobie ustaliłem jako granicę. Dalej nie chciałem chudnąć. Pewnie jeszcze dziesięć kilo nie odbiłoby się źle na zdrowiu, ale moja rodzina mogłaby nie wytrzymać mojego widoku. Gdy człowiek tak szybko traci wagę to wszystkim kojarzy się to z chorobą.

No więc jak to jest z żywieniem się dzikimi ziołami? Jest to ciekawa dieta. Z jednej strony waga leci w takim samym tempie jak w przypadku postu na samej wodzie. Nie miałem jednak w ogóle negatywnych efektów początku postu. Głowa mnie nie bolała, miałem sporo sił i nie byłem nienaturalnie senny. Pokrzywa i łopian uchodzą za bardzo oczyszczające zioła, więc być może zafundowałem sobie przez przypadek intensywne odnowienie organizmu. Dopiero po straceniu dwunastu kilogramów zacząłem tracić siły. A, że był to bardzo intensywny i roboczy okres to utrata sił dawała się mocno we znaki.

Czy żywienie się dzikimi roślinami to mit? Pewnie nie. Być może gdybym miał więcej czasu, to spadek wagi byłby mniejszy. Najbardziej pożywną potrawą był korzeń łopianu, ale też jego wykopywanie było czasochłonne. Prawdopodobnie korzeń łopianu w dużych ilościach pozwoliłby mi się nasycić. Dodatkowo w czasach głodu dzikie rośliny zapewniały witaminy i inne cenne składniki. Chroniły też przed chorobami, co było istotne w momencie, gdy już bardziej syte jedzenie miało się niebawem pojawić. Dzikie rośliny są więc dobrym dodatkiem, lub sposobem na „dożycie” do obfitszych żniw. Dieta w pełni oparta o dzikie rośliny zdobywane w wolnych chwilach – nie dłuższych niż godzinę dziennie – raczej nie zapewnia kompletu wymaganych składników. 

Oto garść przemyśleń i obserwacji z okresu „dzikich roślin”.

  • Smaki. Pokrzywę uważam za bardzo smaczną. Czy w formie „szpinaku”, czy jako zupa. Również w postaci naparu – jak herbata. Na maśle z jajkami jest rewelacyjna, ale w czerwcu nie miałem takich ekskluzywnych dodatków. Młode liście mlecza (mniszka lekarskiego) jedzone jako sałatka są niezłe. Tyle tylko, że przy skąpej diecie w ogóle nie miałem apetytu na sałatki. Korzeń łopianu pokrojony w cienkie plastry i ugotowany był niezły, ale bez rewelacji. Ogonki liściowe łopianu gotowane raczej niesmaczne, ale dające chwilowe poczucie sytości. Kwiaty koniczyny też niezbyt rewelacyjne. Zjedzone na surowo mają lekko słodkawy smak, ale w większej ilości powodowały nudności. W przypadku ubogiego jedzenia i małego urozmaicenia smaków szczaw był prawdziwym rarytasem. Szczególnie sparzony i zjedzony w formie „szpinaku”. Kwaśny smak i delikatna konsystencja sparzonego szczawiu stanowiły cenny kontrast do dość nudnych pozostałych dzikich roślin. Cennym dodatkiem smakowym był też kiszony czosnek niedźwiedzi. Dopiero skromne jedzenie pozwala zrozumieć, dlaczego w dawnych czasach przyprawy sprowadzane z Indii do Europy miały tak dużą wartość.
  • Marnotrawstwo nie mile widziane. Gdy zielsko zebrane przy drodze było głównym pożywieniem to jeszcze większą uwagę zwracałem na resztki zostawione przez dzieci po posiłkach. Przejście przez lekki głód powoduje, że jedzenie na powrót staje się święte. Cenna byłaby wyprawa z dzieciakami, podczas której zaznałyby lekkiego głodu. Wtedy jedzenie zmienia się z powszechnie dostępnego towaru w żywą, świętą istotę, która daje nam chwilę życia.
  • Cenna suszarnia. Słoneczna suszarnia okazała się cennym urządzeniem. Stojąc na słońcu cały czas „prosi się”, by coś do niej wrzucić. Szybko więc zbierają się zapasy suszonej pokrzywy, lubczyku, mięty, dziurawca czy macierzanki.
  • Pszczoły proste w hodowli. To za krótki czas, by wyciągać wnioski, ale pszczoły kojarzyły mi się z większą pracą. W praktyce przez pierwsze dwa miesiące poświęciłem im nie więcej niż dwie godziny. Cenne okazały się porady Emile Warre. Jeżeli przy wejściu do ula panuje w słoneczny dzień duży ruch i pszczoły wnoszą pyłek do ula to znaczy, że wszystko jest w porządku – królowa składa jaja, robotnice opiekują się larwami, zbieraczki latają po nektar i pyłek. Wtedy nie trzeba interweniować i otwierać ula. Jedynym problem, który dotychczas miałem z ulem bezbramkowym były plastry budowane pomiędzy dwiema belkami. Prostowanie plastrów trzeba przeprowadzić dość szybko, gdy jeszcze są małe. Je tego nie zrobiłem. Aby zabezpieczyć pszczoły przed warrozą posypałem je dwa razy w odstępach tygodniowych cukrem pudrem. Planuję jeszcze jedno obsypanie. Według wielu naturalnych pszczelarzy ta metoda bardzo skutecznie ogranicza zasięg pasożyta, a jednocześnie nie wprowadza do ula substancji zbyt podejrzanych. Ważne jest też uniezależnienie się od wielkich firm farmaceutycznych produkujących lekarstwa syntetyczne.
  • Pierwszy miesiąc pełen porażek rolniczych. O, tu mógłbym zapisać opasłe tomy J ale zamiast skupiać się na porażkach, w kolejnych postach będą opisywane wyciągnięte wnioski.

Sporo osób zwraca mi uwagę, że powinienem był zacząć znaczne później, po nabraniu co najmniej rocznego doświadczenia i po zebraniu zapasów. Pewnie tak byłoby łatwiej, ale moje podejście daje więcej ciekawych doświadczeń.

Czy możliwe byłoby kontynuowanie mojego eksperymentu? Z pewnością ubicie jednej owcy pozwoliłby na uzupełnienie brakujących składników i dożycie do lepszych czasów.  Niestety w tym roku nie miałem mleka owczego, które również mogło zadecydować o „życiu lub śmierci”. Przyczyna braku mleka jest dość skomplikowana i zakładam, że w przyszłym roku ten sam okres będzie już znacznie łatwiejszy.

Co dalej? Po przekroczeniu magicznego progu 70 kg zacząłem kupować i jeść ziemniaki. Dieta w lipcu była w większości oparta o kupione jedzenie. Biorąc więc dosłownie mój zamiar, to należałby się przyznać do porażki. Ale ilość doświadczeń i nauki, które otrzymałem w czerwcu i lipcu z zapasem rekompensują niepowodzenie. Nauczyłem się samodzielnej opieki nad stadem owiec, budowy kurnika i hodowli kur, budowy ula i pszczelarstwa. Nabrałem sporo nowej wiedzy na temat ziół. Eksperymentowałem z konserwowaniem żywności. Dowiedziałem się wiele o uprawie warzyw i owoców. Ta wiedza mocno mnie przybliżyła do niezależności żywieniowej.

Jeszcze nie wiem jaką przyjąć datę wznowienia eksperymentu. Cały czas się przygotowuję i gdy nadejdzie odpowiedni moment to dam Wam znać J.

W międzyczasie będę się dzielił doświadczeniami. Może kiedyś na bazie tej zabawy powstanie poradnik dla mieszczuchów pragnących niezależności.

Proszę też o porady i doświadczenie, bo Wasza wiedza była dotychczas bardzo cenna i wielokrotnie ułatwiła mi życie.






30 komentarzy:

  1. Eksperyment zaczyna być ekstremalny :) Niemniej życzę powodzenia i podziwiam wytrwałość.

    W moich próbach samowystarczalności pokarmowej bardzo pomocne jest zbieractwo. Mój sad jest jeszcze dość młody, więc ilość owoców marna, ale w mojej wsi jest sporo starych ogrodów, w których właściciele nie zbierają owoców. W tym roku odważyłam się pójść do jednego z właścicieli z pytaniem, czy mogę oberwać czarną porzeczkę - nie miał nic przeciwko. Do tego dochodzą jeszcze drzewa owocowe dziko rosnące, z których zbieram jabłka i śliwki.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Świetny pomysł ze zbieraniem owoców po sadach sąsiadów. Jednak w moim przypadku takie rozluźnienie zasad spowodowało by, żebym się nie nauczył niezależności :). Mój sad też jeszcze jest bardzo młody, ale z każdym rokiem przybywa owoców. Pozdrawiam!

      Usuń
  2. Czyli żyjesz!!!
    A ile kurek kupiłeś i w jakim wieku? Ja dziś zakupiłam dwie pierwsze kurki!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Żyję :). Gratuluję kurek - to duża frajda mieć je w ogrodzie. My mamy dwanaście kurek. Mają ponoć pomiędzy 9-12 miesięcy. Po przeprowadzce do nowego kurnika ilość jajek bardzo spadła, ale teraz jest już po pięć dziennie. Chyba kury miały na początku problem z przestawieniem się na samodzielne pasanie się po łące. Idzie ku lepszemu :).

      Usuń
  3. Ten rok był bardzo nieprzyjazny ludziom chcącym wyżywić się samodzielnie.Też mam wrażenie, że byłeś za mało przygotowany. W dawnych czasach ludzie gromadzili ogromne zapasy orzechów, grzybów suszonych, owoców także suszonych... Na przednówku ratunkiem jest nie tylko mleko, ale też jaja. Jeden mój znajomy jada np. małże ze stawu i ślimaki (ugotowane). No i warzywnik powinien być w pełni produkcyjny. Przechodzenie na samowystarczalność w momencie, kiedy nie ma się do tego bazy i umiejętności, a w naturze brak pokarmu, na pewno jest ciekawe, ale prawdę mówiąc, z góry skazane na porażkę. Niech to będzie celem, do którego dążysz, stopniowo eliminując zakupy. Istnieje też jeszcze inna droga: wymiana. Zamiast kupować ziemniaki lub zboże, można dostać je od rolnika jako zapłatę za coś, np. pracę czy przysługę. Jestem pewna, że Ci się uda.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej. Wymiana zacieśnia relacje w małych społecznościach i jest świetnym zamiennikiem kupowania wszystkiego. Ostatnio przeczytałem o świetnej inicjatywie: WWOOFing. Rolnik zaprasza wolontariuszy do pracy w swoim gospodarstwie. W zamian zapewnia nocleg i wyżywienie. Dziewczyna, której artykuł czytałem zwiedziła w ten sposób cały świat ucząc się przy okazji wielu umiejętności. Pozdrawiam!

      Usuń
    2. Jest dostępny ten artykuł na internecie? Może podlinkujesz?

      Usuń
  4. no wlasnie. zgadzam sie z przedmowczynia. moglbys sobie jakiegos slimaka zjesc, czy zabie udka. albo podjechac nad wode po rybke :) a moj znajomy na przyklad zajadal sie prazonymi konikami polnymi oraz larwami (tlusciutkimi) chrabaszcza majowego. ja od siebie polecam ksiazke "Polski zielnik kulinarny" Barbary i Adama Podgorskich, w ktorym oprocz jadalnego dzikiego zielska znajduja sie tez przepisy. no i oczywiscie ksiazke Lukasz Luczaja. dziekuje za dokladne relacjonowanie przygotowania ogrodu. tez sie biore z taki, ale w wolniejszym tempie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kiedyś w chwili słabości widziałem kilka ślimaków na łące, ale gdy po nie wróciłem z torebką to już ich nie było :). Innego dnia przy okazji prac w ulu odpadł mi kawałek plastra z larwami pszczół i nie mogłem się oprzeć pokusie :). Na surowo bardzo smaczne, szczególnie, że w komórkach obok był pyłek kwiatowy. Pozdrawiam :).

      Usuń
  5. Nareszcie napisałeś! Bardzo bogate doświadczenia nabyłeś, zwłaszcza pięknie piszesz o marnotractwie. Szkoda że za mało się przygotowałeś, ale nie dziwię się, do tego potrzeba czasu. W połowie czerwca może być przecież mnóstwo rzeczy w warzywniku!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Jeśli chodzi o warzywnik, to sporo rzeczy schrzaniłem. Miałem jednak bardzo mało czasu i każda godzina była rozszarpywana przez przeróźne prace. Najważniejszy wniosek to, że trzeba mieć bazę - ogrodzenie, pomieszczenia, grządki przygotowane, kompost i wiele, wiele innych. Pozdrawiam :).

      Usuń
  6. Uważam, że nie powinieneś traktować tego jak porażkę, ale raczej jak kolejne doświadczenia i jak sam napisałeś naukę na przyszłość. W sumie to zazdroszczę Ci, też bym tak chciała i może jeszcze kiedyś na to się zdobędę. Tylko ja bym chciała być niezależna nie tylko żywieniowo, ale też pod względem wody i energii. Takie kiedyś miałam marzenia, ale życie je zweryfikowało.
    Z prawdziwą ciekawością czytam o Twoich eksperymentach i mam nadzieję, że spożytkuję wiedzę z nich opisaną.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za miłe słowa :). Na razie odpuściłem sobie własną energię, ale wodę łapię z nieba i wykorzystuję w ogrodzie oraz do spłukiwania toalet. Rodzina nie była jeszcze gotowa na toalety separacyjne i kompostowanie tego co "wyprodukujemy" :).

      Usuń
  7. Odpowiedzi
    1. Dzięki, ale bez przesady :). Każda z "trudnych spraw": własne owce, kury, pszczoły, życie poza miastem okazały się prostsze niż się wydawało. Wśród ludzi panuje sporo nieprawdziwych przekonań. A to, że kury zniszczą ogród, i przed domem będzie smród, a to, że pszczoły pożądlą dzieciaki i będą wpadały do każdej szklanki z napojem. A to, że małe gospodarstwo wymaga mnóstwa czasu i nie da się połączyć życia wiejskiego z "pracą miejską w Matriksie". Z mojej praktyki wynika, że z wszystkim można sobie w miarę łatwo poradzić mając poparcie rodziny. Pozdrawiam

      Usuń
  8. Trzy rodzaje osobowosci

    Mieszczuch, wiesniak i koczownik. Mieszczuch aby przetrwac bez kupowania jedzenia wpierw je kupuje i robi zapasy, zyje za murem. Wiesniak aby przetrwac bez kupowania jedzenia ma wlasne zbiory a to co mu brakuje to kupuje i robi zapasy, zyje za plotem. Koczownik np Mongol tysiac lat temu, aby przetrwac bez kupowania jedzenia zyl podobnie jak sasiad, ktory kupowal jedzenie(?) tzn herbate z Chin wymieniajac ja za barana lub uzyskujac ja w drodze grabiezy, nie zyl ani za plotem ani za murem.
    Ja sam swiadomie probuje zyc z musu jak mieszczuch, wiesniak lub z wyboru jak koczownik. Tak sie dzieje poniewaz gdy sie urodzilem to nie wybieralem ani jego miejsca ani czasu. Jednakze o tyle o ile moge staram sie do mego zycia dodac wartosci koczownicze bo widze w nich najbogatszy rozwoj osobowosci i inteligencji.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z koczownikiem masz rację. Gdy tylko się wyskoczy poza "krąg bezpieczeństwa" stworzony przez naszą kulturę to zaczynają się dziać bardzo ciekawe i inspirujące rzeczy. Koczownik właśnie odważnie okrywa świat codziennie na nowo i nie trzyma się sztywno reguł. Przy okazji: przypomniało mi się dobre stwierdzenie Terence'a McKenna - "Kultura jest Twoim wrogiem". Co raz bardziej dostrzegam mądrość tego stwierdzenia. Gdy tylko wyskoczę poza ramy uznawane przez kulturę za stosowne to świat i życie nabierają barw. Nie wiem, czy to kwestia naszej zachodniej "kultury". Terence twierdził, że każdej.

      Usuń
    2. Igor,

      Matriks to jest wszystko co nas nauczono/zaprogramowano, włączając kulturę tak że co się dziwisz. All we know is a programmed view of the world, mostly bulshit, illusion serving the enslavement to the banksters and politmorons. Koczownik nie może polegać na zaprogramowanych odniesieniach więc musi improwizować, wymyślać poza ramami iluzji - taką mam nadzieję. Czyli koczownik jest bliżej wolności niż ta reszta z nas. Terence miał bez wątpienia bardziej szerokie postrzeganie - he was more conscious. Gratuluję wytrwłości.

      Usuń
  9. Tylko się nie poddawaj. Przesuń, odłóż, przygotuj się ale nie odpuszczaj. Naśladować nie dam rady, może niektóre elementy ale chcę poczytać, pooglądąć i pozachwycać

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za doping. Nie ma obawy, uparty jestem, a widząc drobne postępy nabieram energii. Pozdrawiam!

      Usuń
  10. Może to będzie dobra inspiracja na kolejny rok: https://www.facebook.com/media/set/?set=a.363134117103474.87696.300966226653597&type=1
    Trzymam kciuki!
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Hej. Wygląda na wspaniałą książkę, dzięki! Pozdrawiam Igor

      Usuń
  11. Pisz , pisz , jesteśmy z mężem zachwyceni, my już nie mamy odwagi ale trzymamy kciuki za Twój projekt

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki :). Teraz powoli zbliża się okres spoczynku w przyrodzie to pisać będę więcej. Co do braku odwagi to powiem Ci tylko tyle, że wszystkie duże decyzje (przeprowadzka w góry, zakup owiec, kur) były na początku przerażające, a później się okazało, że ze wszystkim można sobie dość łatwo poradzić. Tak więc, może na mały kurnik albo ul się skusicie :). Pozdrawiam!

      Usuń
  12. Nadal trzymam kciuki :D (to ja od tych ziemniaków). Słuchajcie ludu miast i wsi! Za śmiesznie niską cenę udało sie nam kupić małe gospodarstwo rolne: dom+chlewik+kurnik+ogród z małym kawałkiem lasu.Poniewaz razem z mężem musimy mieszkać w miescie (praca i inne duperele) dom bedzie sluzyl za domek letniskowy. Przez następne kilka lat wyremontujemy hacjende, zalozymi kolektory solarne i ogród permakulturowy, studnie, szwedzki kominek, wedzarnie itp. A ak już skonczymy z remontem to po nas choćby potop i odcinamy sie, może nie w całości ale w duzej mierze od matriksa :) Na razie ucze sie innych przydatnych umiejętności jak robienie skarpet na drutach, przetwórstwo domowe, tkanie, szycie, zielarstwo, zbieram ksiazki o hodowli zwierząt i uprawie warzyw. Myślę, ze za kilka lat samowystarczalnosc bedzie "total in" a wtedy moja mała chalupka bedzie warta kilka worków złota. Tylko nie wszyscy jednak zdają sobie sprawę, ze samo złoto jest wyjątkowo ciezkostrawne.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję zakupu i życzę powodzenia w realizacji planów! Pozdrawiam

      Usuń
  13. Pierwsza rzecz , która powinnas zrobic to ew dokupic ziemi do 1 ha, żeby to było gospodarstwo rolne, zrobić kurs rolniczy , jesli nie masz wykszt .rolnego.
    inaczej ...podatki...
    najlepsze są kozy jako zwierzęta gospodarskie dla początkujących..

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Mam trochę naturę rebelianta i wolę wiedzę niszową pochodzącą od różnych "wariatów" niż tę, oficjalnie promowaną jakąkolwiek instytucję. Co do kóz to miałem obawy, że będzie trudno je utrzymać w ogrodzeniu, a wiadomo, że zjedzą wszystko. Pozdrawiam

      Usuń
  14. Odnośnie samowystarczalnego jedzenia w czerwcu. Warto posadzić fasolkę szparagową przy której nic nie trzeba robić tylko wsadzić nasiona do ziemi i sama wyrośnie. I już się ma białko i węglowodany w diecie. Wysiewana co dwa tygodnie i będzie ją można zbierać do końca września. Warto przyglądnąć się warzywom pod względem czy da się nimi najeść, bo jest pod tym względem duża różnica między np. pomidorem a fasolką szparagową. A żeby uzupełnić tłuszcze w diecie można posadzić słonecznik i dynię.
    A odnośnie pomidorów, polecam koktailowe, można je uprawiać pod chmurką, nie wymagają podpórek ani niczego. Zwłaszcza odmiana Koralik jest typu: wsadzić, nic nie robić i zbierać owoce od czerwca do października.

    OdpowiedzUsuń
  15. Wspaniały blog! Znakomity pomysł! Trzymam mocno kciuki za jego realizację.

    Sylwia poleca fasolkę szparagową, a ja pójdę trochę dalej: dlaczego nie posadziłeś strączkowych? Fasola czerwona, czarna, pinto, Jaś, bób, ciecierzyca, soczewica to nie tylko znakomite źródła białka, mnóstwa minerałów i błonnika. Ich wielką zaletą jest to, że suche mogą przetrwać bardzo długo, a przez jedną zimę na pewno. Bardzo polecam.

    OdpowiedzUsuń