poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Prawdziwe umiejętności

W książce „Surviving Off Off-Grid” znalazłem świetny fragment, który postaram się przełożyć na nasz język. Warto się zastanowić jakie prawdziwe umiejętności posiadamy. Nie takie abstrakcyjne, z których codziennie korzystamy w pracy. Prawdziwe umiejętności. Takie, które byłyby potrzebne, gdyby na dwa tygodnie zabrakło prądu. Mogą się przydać J.

Dawno temu, na początku dwudziestego wieku stary traper z Północnej Dakoty zaprzągł konie do swojego wozu, spakował swoje rzeczy – w szczególności sidła – i ruszył na południe.

Kilka tygodni później zatrzymał się w małym mieście na północ od mokradeł Okefenokee w Georgii.

Był sobotni, leniwy poranek kiedy traper wszedł do lokalnego sklepu. Było w nim siedmiu czy ośmiu miejscowych.

Podróżnik rzekł:

- Panowie, czy możecie mi wskazać drogę do mokradeł Okefenokee?

Kilku starszych mieszkańców popatrzyło na podróżnika jak na wariata.

- Musi pan być z daleka – powiedzieli.

- Owszem, jestem z Północnej Dakoty – odpowiedział traper.

- Na mokradłach Okefenokee mieszkają tysiące dzikich świń – wyjaśnił jeden z mieszańców – ten, kto jedzie na mokradła prosi się o śmierć.

Podniósł swoją nogę.

- Straciłem pół nogi przez świnie w mokradłach!

Inny mieszkaniec powiedział

- Niech pan patrzy na te blizny, świnie odgryzły mi rękę!

- Te świnie żyją dziko od czasów wojny o niepodległość. Jedzą węże, wygrzebują korzenie i same dbają o siebie od ponad stu lat. Są dzikie i niebezpieczne. Nie może pan ich złapać. Nikt nie powinien sam jechać na mokradła.

Wszyscy przytaknęli.

Stary traper powiedział:

- Dziękuję panom bardzo za ostrzeżenie. A teraz wskażcie mi proszę drogę do mokradeł Ofekenokee.

Wskazali mu drogę i ponownie prosili, by tam nie jechał bo spotka go fatalny los.

- Sprzedajcie mi dziesięć worków kukurydzy i pomóżcie zapakować na wóz.

To też zrobili. Stary traper pożegnał się z mieszkańcami miasteczka i pojechał w stronę mokradeł. Wszyscy sądzili, że już go nigdy nie zobaczą.

Dwa tygodnie później traper powrócił. Podjechał pod sklep, zszedł z wozu, wszedł i kupił ponownie dziesięć worków kukurydzy. Po załadowaniu skierował się w kierunku mokradeł.

Dwa tygodnie później znowu powrócił i kupił kolejne dziesięć worków kukurydzy. To powtarzało się przez miesiąc, później drugi i trzeci. Co tydzień lub dwa stary traper przyjeżdżał do miasteczka w sobotni poranek, kupował dziesięć worków kukurydzy i odjeżdżał w kierunku mokradeł.

Nieznajomy wkrótce został legendą i obiektem plotek w małym miasteczku. Ludzie zastanawiali się jaki diabeł zawładnął traperem, że ten mógł wjechać samotnie na mokradła i nie zostać zjedzonym przez dzikie świnie.

Pewnego poranka traper przyjechał do miasteczka jak zwykle. Wszyscy myśleli, że chce więcej kukurydzy. Nieznajomy ściągnął rękawiczki.

- Panowie, potrzebuję wynająć dziesięć lub piętnaście wozów oraz dwudziestu, trzydziestu ludzi. Mam sześć tysięcy dzikich świń na mokradłach. Świnie są ogrodzone i bardzo głodne. Trzeba je zawieść szybko na targ.

- Co pan ma na mokradłach? – zapytał zdziwiony sprzedawca.

- Mam sześć tysięcy złapanych świń. Nie jadły od dwóch, trzech dni i padną jeśli nie wrócę, by je nakarmić.

Jeden z mieszkańców zdziwiony zapytał

- A więc złapał pan dzikie świnie z mokradeł Okefenokee?

- Tak.

- Jak pan to zrobił? Co pan robił?

Jeden z mieszkańców krzyknął:

- Ale ja straciłem ramię!

- Ja straciłem brata! – zawołał inny.

- Ja straciłem nogę przez te dzikie świnie! – krzyknął trzeci.

Traper powiedział:

- Cóż, w pierwszym tygodniu gdy tam byłem świnie żyły dziko. Chowały się w zaroślach i nie chciały wyjść. Nie odważyłem się wyjść z wozu. Rozsypałem więc kukurydzę za wozem. Codziennie wysypywałem worek kukurydzy.

Stare świnie nie ruszały kukurydzy, ale młode zauważyły, że łatwiej jeść darmową kukurydzę niż ryć w poszukiwaniu korzonków, czy szukać węży. Tak więc młode jako pierwsze zaczęły jeść kukurydzę.

Tak robiłem codziennie. Niebawem nawet stare świnie zdecydowały, że łatwiej jeść darmową kukurydzę. W końcu wszystkie były wolne, nie były ogrodzone. Mogły uciec w dowolnym kierunku gdy tylko chciały.

Następnie nauczyłem je jeść w tym samym miejscu. Wybrałem polanę i zacząłem rozsypywać kukurydzę na polanę.

Na początku nie przychodziły na polanę. Była za daleko, była zbyt otwarta. Bały się.

Wkrótce jednak najmłodsze osobniki stwierdziły, że łatwiej jest wyjadać kukurydzę z polany niż ryć w poszukiwaniu korzeni czy łapać węże. Niedługo stare świnie dołączyły, gdyż też uznały, że łatwiej jest przychodzić codziennie na polanę.

W ten sposób nauczyłem świnie, by przychodziły codziennie na polanę po darmową kukurydzę. Nadal mogły dojadać korzonki i węże. W końcu były wolne. Mogły uciec w dowolnym kierunku w każdej chwili. Nie były w jakikolwiek sposób uwiązane.

Następnym krokiem było przyzwyczajenie ich do słupów płotu. Tak więc zakopałem słupy wokół całej polany – w zaroślach by nie wzbudzały podejrzeń świń. W końcu były to tylko grube patyki sterczące z ziemi – tak samo jak drzewa w zaroślach. Kukurydza była codziennie. Świnie łatwo mogły przejść obok słupków, zjeść kukurydzę i wyjść.

Tak robiłem przez tydzień albo dwa. Wkrótce bardzo się przyzwyczaiły do wchodzenia na polanę, zjadania darmowej kukurydzy i wychodzenia w las mijając słupy.

Następnie umieściłem dolne poprzeczki. Zostawiłem też kilka otwartych przejść, by starsze, grubsze świnie mogły przechodzić przez nie, a młode mogły bez problemu przeskoczyć przez dolne poprzeczki płotu. W końcu nie było to dużym zagrożeniem dla ich wolności czy niezależności. Mogły zawsze przeskoczyć poprzeczkę i uciec w dowolnym kierunku kiedy tylko chciały.

Teraz zdecydowałem, że nie będę ich karmił codziennie. Zacząłem karmić je co drugi dzień. W te dni, kiedy nie dostawały jedzenia, świnie nadal zbierały się na polanie. Kwiczały, ryczały i błagały o jedzenie. Ale ja karmiłem je co drugi dzień. Następnie zamocowałem drugą poprzeczkę do płotu.

Teraz świnie stawały się coraz bardziej zdesperowane, by dostać jedzenie. Ponieważ teraz już nie były przyzwyczajone do rycia w poszukiwaniu korzonków, czy łapania węży, to potrzebowały mnie. Potrzebowały mojej kukurydzy codziennie.

Tak więc nauczyłem je, że będę je karmił codziennie, jeśli zaczną przychodzić przez bramkę. Założyłem też trzecie poprzeczki na płocie.

Ale to nadal nie było dla nich dużym zagrożeniem, bo nadal było wiele bramek, przez które mogły w każdej chwili uciec.

Następnie założyłem czwarte poprzeczki. Zamknąłem wszystkie bramki z wyjątkiem jednej i karmiłem je bardzo, ale to bardzo dobrze.


Wczoraj zamknąłem ostatnią bramkę i dziś potrzebuję waszej pomocy, by zawieźć te świnie na targ.

10 komentarzy:

  1. Czytając to od razu stwierdziłam, że to tak naprawdę opowiadanie o ludziach....nas też uczy się pójścia na łatwiznę, rozleniwienia, wręcz ogłupia. Jedzenie z marketu 24h na dobę, i wszystkie cuda techniki, które robią wszystko za nas. Cieszę się , że mieszkam na wsi i wiele rzeczy potrafię zrobić sama, z głodu też nie umrę bo zawsze w ogrodzie mnóstwo warzyw i owoców :) Ale to trzeba lubić i chcieć się pomęczyć zamiast iść do marketu. Pozdrawiam serdecznie

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Po wyproszeniu u mojego meza, mam kawalek ogrodka - teraz dwa lata i dopiero teraz moj polowek chwali jedzonko z ogrodu.

      Usuń
  2. Podobnie pewien doktor mówił nam na wykładach z zoologi na przykładzie ptaków dokarmianych zimą, że najgorsze co można zrobić to zacząć je dokarmiać, a potem przestać w środku czy pod koniec zimy. Najlepiej nic im nie dawać, to wtedy się nie przyzwyczają i same będą potrafiły znaleźć jedzenie typu: robaki schowane w różnych zakamarkach, różne nasiona, orzechy, zasuszone owoce na gałęziach jarzębu czy innych podobnych roślin. Porównał tą sytuację jeszcze do człowieka bezdomnego, któremu zaczęlibyśmy dawać codziennie 5 zł czy 10 zł (kwota była umowna). Czy zacznie on wtedy samemu w jakiś sposób pracować czy się przyzwyczai do sytuacji? Człowiek w końcu też zwierzę ;) Dużo prawdy jest w tym opowiadaniu, a jak wiele można w nim porównać do naszej współczesnej cywilizacji. Dlatego również z mym partnerem zdecydowaliśmy się kilka lat temu żyć na wsi i postawić na samodzielność. Co prawda jeszcze różnie nam to wychodzi, ale gdyby odłączyli prąd dalibyśmy radę przeżyć. Mamy studnię (wodę ciągniemy wiaderkiem) i piec kaflowy, w którym palimy drewnem z własnego lasu, czasem na największe mrozy dorzucamy trochę węgla. W sumie zostało nam jeszcze wybudować domek na naszym kawałku ziemi, no i dopracować kwestię samowystarczalności żywnościowej, głównie metody uprawy. A i jeszcze korzystamy z ubikacji kompostowej na dworze, czyli potocznie wychodka. Od małego byłam przyzwyczajona do takiego życia spędzając dzieciństwo, a potem wakacje u dziadków na wsi i podświadomie traktowałam to jakoś coś normalnego i zwyczajnego. Trudno mi wyobrazić sobie teraz inny sposób życia. Pozdrawiam :)

    OdpowiedzUsuń
  3. Bardzo realistyczne opowiadanie w stosunku do...ludzi, jak pisała Wiedźma. Tak łatwo idziemy na łatwiznę i dajemy się tresować...Dla świń było to za darmo- nadal były wolne- a my jeszcze płacimy za to zniewolenie ciężką harówą- zarabiamy moze nie w pocie czoła ale w mega stresie pieniądze na tę kukurydzę- czyli rezygnujemy z części wolności i kupujemy, co nam pod nos podetkną...Smutne...
    Dobrze, że niektórzy na powrót dziczeją! Jest szansa, że ludzki- świński ród nie wyginie! ;)

    OdpowiedzUsuń
  4. Przeżyłabym spokojnie bez prądu i dłużej, niż dwa tygodnie. Bo tak naprawdę potrzebuję go niewiele i tylko do zasilania kompa, czasem zamrażarki (ale to nie jest konieczne, bo mogę z niej zrezygnować) i pralki, której też nie muszę używać i mam od niedawna.Od dziecka chciałam być traperem i mieszkać, jeśli nie w Kanadzie, to nad Jenisiejem, gdzie zima kończy się w maju, a zaczyna we wrześniu. Dlatego od dzieciństwa uczyłam się z mozołem wielu umiejętności przydatnych traperowi. Miejsce i sposób życia, który wybrałam pozwala mi żyć w spokoju. Mam piec do gotowania (a nawet dwa), który też podgrzewa wodę (grawitacja, żadnych pompek i wymuszonych obiegów), kominek, studnia z pompą ręczną (jest też wodociąg), piec chlebowy, wędzarnia, ogród, zwierzęta. Nie używam mikserów, zmywarek, elektrycznych urządzeń gospodarstwa domowego. Swetry, czapki, skarpety mam z własnej wełny. Drewno z własnego lasu (kupuje też). Oczywiście korzystam z dobrodziejstw cywilizacji, ale nie zginę tak szybko.
    Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Ale najlepsze jest to, że dodaje się te poprzeczki powoli, po jednej, stopniowo... ale ciągle można wrócić;))) Tyle że jakoś nikt nie wraca;))) Świetna story;)

    OdpowiedzUsuń
  6. a mi się wydaje, że same umiejętności są pomocne, ale nie wystarczą.
    po pierwsze ciężko być samemu. dobrze byłoby mieć jakąś mocną grupę. pewnie najbezpieczniej rodzinną :) no i ŚWIADOMOŚĆ, że można się uwolnić.

    świniom tak naprawdę nie zabrakło umiejętności. tylko świadomości, że w proporcji 6000 na 1 człowieka, mają szansę dyktować warunki.

    bajka fajna. daje do myślenia, ale nie mówi całej prawdy.

    OdpowiedzUsuń
  7. Dla mnie to oznaka inteligencji że zamiast ryć z trudem w poszukiwaniu korzonków idzie się po darmową kukurydzę. Ale gdy się jej nie dostaje, nie kwiczy się i ryczy, tylko wraca do korzonków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Problem w tym, że za darmo nikt nic nie daje. Jeśli daje - to w jakimś określonym celu.

      Usuń