poniedziałek, 13 października 2014

Indianie, dynie i słoneczniki

Zafascynował mnie opis tradycyjnego indiańskiego ogrodnictwa zawarty w książce „Native American Gardening: Buffalobird-Woman's Guide toTraditional Methods”. W 1910 młody student postanowił w ramach pracy naukowej spisać wiedzę najstarszej kobiety z grupy Indian Hidatsas z Dakoty. Efektem jest wspomniana właśnie książka – słowo w słowo przedyktowana przez Buffalobird-Woman. Kilkadziesiąt stron rzutem na taśmę uratowane przed zapomnieniem, zawierające setki jeśli nie tysiące lat nagromadzonych doświadczeń. Dziś powszechne są książki, z których wiedzę można skompresować z pięciuset stron do dwóch linijek. Ta książka jest ich przeciwnością.

Zakładanie ogrodu u Indian było znacznie prostsze niż u nas. Rodzina szukała kawałka ziemi, która nie była używana przez innych. Dla Indian koncepcja własności ziemi była podobnie abstrakcyjna jak własności powietrza, którym oddychamy. Dzięki temu ziemia nie była „zarezerwowana” w księgach wieczystych i nie leżała odłogiem. Albo była używana przez dziką przyrodę, albo przez ludzi. Gdy ktoś potrzebował to używał. Ograniczeniem górnym chciwości była praca wymagana do opieki nad ziemią. Po co posiadać nadmiar ziemi, jeśli się nie ma sił, by na niej gospodarować? Ktoś, kto próbował prostymi metodami uprawiać większy ogródek warzywny wie o co chodzi. Dochodzi się do pewnego poziomu równowagi, w którym rodzina jest w stanie wyżywić się z ogródka. Większy ogródek nie ma po prostu sensu, gdyż powodowałby tylko nadmiar pracy i mniej czasu na zabawę, twórczość i inne prawdziwie ludzkie czynności. Niesamowite, że powszechnie się uważa, że to nasze metody dostępu do ziemi są cywilizowane, a te stosowane przez ludy rdzenne są prymitywne. Dla wielu cywilizowanych – szczególnie młodych – ludzi projekt „własny kawałek ziemi” jest podobnie złożony jak projekt wystrzelenia rakiety w kosmos. Trudno dostępna praca, nierzadko prawie niewolnicza, pętla kredytu na 30 lat na głowie, setki papierów i przedzierania się przez opór urzędów, sieć powiązań niczym pajęczyna utrudniających wyrwanie się z miasta. I wszędzie w koło ci niestabilni psychicznie politycy pieprzący w telewizji i radio, siejący strach i nienawiść. Bez dwóch zdań coś solidnie spierd*****śmy. Niektórzy dadzą kontrargument „no i jak skończyli Indianie”. To mocny kontrargument. W starciu z agresją zachodniej „cywilizacji” żaden normalny lud nie przetrwa. Mam jednak nadzieję, że to jest chwilowa przegrana rdzennych kultur. Dalaj Lama zapytany o pozytywne strony inwazji China na Tybet świetnie odpowiedział. „Siedzieliśmy przez stulecia w izolacji, być może zbyt dużej izolacji. Nasze cenne nauki były dostępne tylko dla Tybetańczyków. W wyniku inwazji Chin i eksodusu Tybetańczyków skarby buddyzmu stały się dostępne na całym świecie.”. Podobnie z Indianami. W wyniku holocaustu Indian (ilość ofiar była większa co najmniej dziesięciokrotnie w porównaniu z zamordowanymi Żydami) wiedza i kultura indiańska rozchodzi się na cały świat. Dotarła nawet na takiej odległej Doliny Muminków, w której leży mój warzywnik :).

Do przygotowywania ogrodów i późniejszej kultywacji używano prostych narzędzi. Buffalo Bird’s Woman była ostatnią w swoim rodzie, która miała kopaczkę z ostrzem z kości łopatki. Innym narzędziem był zwykły zaostrzony kij służący do kopania. Mając takie narzędzia można wyżywić rodzinę, zapewniając jej najwyższej jakości jedzenie. Kopaczka z kości i kij.

Oprócz szczegółowych instrukcji ogrodniczych książka zawiera też sporo wiedzy na temat życia Indian. Przykładem jest zwyczaj stawiania „platformy strażników” przy ogrodzie. Wiadomo jak dzieci uwielbiają domki na drzewach. Indiańskie dzieci dostawały więc co roku coś w rodzaju domku – drewnianą platformę, na którą wychodziło się po drabinie. Od strony południowej wisiała skóra zwierzęca zapewniająca cień. Przez całe lato indiańskie dziewczynki miał ważne zadanie. Opiekowały się ogrodem doglądając go z platformy strażników. Śpiewały całymi dniami specjalne piosenki, by rośliny dobrze się rozwijały. Odpędzały ptaki żerujące w ogrodzie czy inną zwierzynę. Groźną zwierzyną okazywali się mali Indianie, którzy zakradali się do ogrodów, by zdobyć młodą kolbę kukurydzy. Osobnym rytuałem były flirty pomiędzy dziewczynkami pilnującymi ogrodu na platformie, a zakradającymi się chłopcami. Dziewczyny wymyślały piosenki ośmieszające chłopaków, a ci wiecznie kręcili się przy platformie demonstrując swoje umiejętności i prężąc muskuły :). Patrząc jak dziś dzieci wiszą nam na głowach wysysając większość wolnego czasu i energii trzeba przyznać, że Indianie byli bardziej rozumni :).

Obok platformy budowano prosty szałas na kuchnię polową. Tam gotowane były posiłki dla rodziny.

Co zrobić gdy ktoś zachorował i nie miał sił, by pracować w ogrodzie na wiosnę, czyli w czasie kiedy nie można było sobie pozwolić na zbytnie opóźnienia w sadzeniu? Proste. Wystarczy poprosić sąsiadów o wykonanie pracy w zamian za wspólny posiłek. Była to powszechnie respektowana metoda. Jak widać istnieje alternatywa dla ZUS i monstrualnych, kompletnie nieludzkich instytucji oplecionych kilometrami kabli i tonami systemów informatycznych. Wystarczy mieć życzliwych sąsiadów, umieć powiedzieć „proszę” oraz umieć przygotować biesiadę. No i jeszcze coś więcej. Trzeba mieć wiarę w ludzi.

Dynie stanowiły ważny składnik posiłków w zimie. Były krojone nożem z kości łopatki na plastry oraz wieszane na wierzbowych patykach. W ten sposób po trzech dniach suszenia na słońcu dynie były gotowe do przechowania.

Silos służący do przechowywania jedzenia na zimę to wyższa inżynieria. Kopano dół szeroki u podstawy i zwężający się jak butelka przy powierzchni ziemi. Dół był wyścielany odpowiednimi trawami, które sprawdziły się i nie pleśniały. Ściany były w przemyślny sposób wzmacniane gałęziami wierzby. Następnie jedzenie było układane zgodnie z precyzyjnym planem. Najpierw kolby kukurydzy, później ziarno kukurydzy. W środku otoczone ziarnem leżały wysuszone dynie.  Takie ułożenie zapewniało trwałość przechowywania oraz wygodny dostęp do schowanego jedzenia. Urządzenie proste, skuteczne, ale widać, że zawierało wiedzę dziesiątek pokoleń. Eksperymentowanie z przechowywaniem żywności jest bardzo ryzykowne, a taki silos nie mógł powstać bez wieloletnich eksperymentów. Tym bardziej należy się Indianom wielki szacunek za ich wynalazek.



Moja uprawa dyni nie wiele ma wspólnego z tradycją indiańską. Na wiosnę na kawałku pola rozrzuciłem sporą warstwę owczego obornika, gdyż dynie są bardzo żarłocznymi roślinami i potrzebują sporo nawozu. W pierwszym nasadzeniu powtykałem nasiona dyni do obornika i posadziłem kilka sadzonek kupionych w sklepie ogrodniczym. Nie wiedziałem, że myszy uwielbiają nasiona dyni. Zanim się zorientowałem, że nic nie kiełkuje minęły tygodnie. Myszy zjadły wszystkie nasiona dyni, wszystkie nasiona fasoli i około stu sadzonek warzyw kapustowatych pieczołowicie chowanych w rozsadniku:). Taki pstryczek w nos po udanym pierwszym sezonie nieobfitującym w myszy. W ramach planu awaryjnego posiałem nasiona dyni w modułach i schowałem przed myszami. Straciłem w ten sposób jakieś sześć tygodni. W efekcie z sadzonek kupionych w sklepie wyrosły piękne, duże dynie, a z mojego drugiego rzutu dynie są jeszcze małe. Teraz codziennie trzeba obserwować prognozy pogody. Dynie przeżyły już dwa małe przymrozki w tym roku – takie po minus jeden stopień. Może jeszcze nieco podrosną.

Uwieńczeniem całego sezonu oczekiwania jest pierwsza jesienna zupa dyniowa.



 Jest to też znak przejścia do kolejnej pory roku. Zupa cukiniowa ze swoim lekkim wiosenno-letnim smakiem powoli ustępuję miejsca zupie dyniowej, w której wyraźnie czuć dłuższy czas dojrzewania smaku i aromatu. No i ten jesienny kolor, którego nie ma w warzywach letnich. Nie dość, że jedzenie nie zawiera żadnej chemii to jeszcze efekt własnej uprawy potęguje smak.

We wspominanej książce było zdjęcie indiańskiej łyżki z łodygi dyni. Łatwa w wykonaniu i całkiem wygodna :).



Spróbuję wysuszyć jedną dynię metodą indiańską. Może uda się przemycić trochę jesieni do środka zimy.

Na razie z mojej praktyki absolutnymi mistrzem w magazynowaniu jedzenia na zimę jest ziemniak. Łatwy w uprawie (gdyby nie zaraza ziemniaczana), bardzo pożywny i smaczny oraz w miarę łatwy w przechowywaniu na zimę. Jeśli suszenie dyni okaże się skuteczne to dynia może się okazać ważnym konkurentem ziemniaka. Może nie tak kaloryczna i pożywna, ale łatwiejsza w uprawie i zbiorze oraz wyjątkowo smaczna.

Słoneczniki indiańskiej odmiany hopi już są całkiem duże. Mam nadzieję, że dojdą przed mrozami. Będę mógł spróbować kolejnego przysmaku indiańskiego – kulek słonecznikowych. Pełniły one funkcję dzisiejszych batonów energetycznych. Młodzi Indianie wyruszający na długie polowania zabierali ze sobą te przysmaki. Gdy dopadło ich zmęczenie kulka słonecznikowa szybko stawiała ich z powrotem na nogi.



Pracujemy nad nowym pomysłem i potrzebna Wasza pomoc. Będzie to miejski ogród, w którym połączymy nadmiar ziemi leżącej odłogiem tu i tam z nadmiarem wolnego czasu i chęci wśród młodych ludzi. W efekcie wyhodujemy pyszne jedzenie dla tych, którym go brakuje. Takie proste zrównoważenie nadmiarów z brakami :). Kryteria wyboru roślin do uprawy są dość wyśrubowane. Łatwość uprawy z wykorzystaniem prostych narzędzi oraz niedoświadczonych pomocników, uprawa naturalna, bez chemii, brak możliwości ciągłego nadzorowania ogrodu. Produkty mają być pożywne i łatwe w przechowywaniu – tak, by można było robić z nich gorące posiłki – najlepiej zupy przez zimę i nieco dłużej. Na jakie rośliny powinniśmy postawić? Wszelkie inne podpowiedzi i pomysły mile widziane. Mamy zimę na dopracowanie koncepcji, by móc na wiosnę ruszyć z pracami.

Powiązane tematy: