czwartek, 29 sierpnia 2013

Ziemniaki pod słomą

Ziemniaki uprawiane pod słomą okazały się sukcesem rolniczym tego roku.  Ze wszystkich stosowanych przeze mnie metod i technik ta jest prawdopodobnie najkorzystniejsza energetycznie. 50 kg ziemniaków sadzeniaków posadziłem w mniej więcej półtorej godziny. Nie wiem jeszcze jaki jest plon z tej uprawy, więc na ostateczną ocenę muszę poczekać, ale wstępnie wygląda, że będzie sporo cennego jedzenia na jesień i część zimy. Wkładając dość niewiele kalorii dostałem spory zapas energii, witamin, smaku i przyjemności przebywania w ogrodzie.

Zalety ziemniaków szybko doceniłem eksperymentując z niezależnością żywieniową. Z wszystkich dostępnych mi roślin ta najlepiej zapewniała sytość. Można zjadać kilogramy sałaty, dzikich ziół czy cukinii, ale człowiek cały czas traci wagę i nie osiąga sytości. Po 3 tygodniach jedzenia zielska talerz ziemniaków smakował anielsko. Nic dziwnego, że przez wieki były one podstawą wyżywienia.

Opisana metoda nie wymaga orania lub przekopania pola. Sądzę, że ręczne przygotowanie tradycyjnego pola ziemniaczanego tej samej powierzchni zajęłoby mi kilkanaście godzin ciężkiej pracy.

Metoda jest prosta. Bezpośrednio na łąkę / trawnik rozkładam gazety lub karton. Ta warstwa jest barierą dla niepożądanych roślin. Na papierową warstwę rozkładam sadzeniaki ziemniaków – czyli po prostu ziemniaki przechowane przez zimę. Stosowałem ok. 30 – 40 cm odstępy. Na ziemniaki luźno rozrzuciłem grubą, ok. 30 cm warstwę słomy. To wszystko. Nie podlewałem i nie nawoziłem. Nawet w najbardziej suche dni pod grubą warstwą słomy było wilgotno, a powoli rozkładający się mulcz okrywający uprawy użyźniał ziemię i dawał dobre warunki dla rozwoju korzystnych żyjątek.

Spróbowałem też rozrzucenie ziemniaków bezpośrednio na trawnik i przykrycie ich słomą. Nie widzę wyraźnej różnicy w porównaniu z dodaną warstwą papieru. Można więc uprawę jeszcze uprościć i zrezygnować z kartonu lub gazet.



Zbiór ziemniaków jest równie prosty jak ich sadzenie. Wystarczy rozgarnąć słomę i pozbierać ziemniaki. Niektóre bulwy są pod ziemią ale można się do nich dokopać bez użycia narzędzi.



Nie zauważyłem zazielenienia ziemniaków, co oznacza, że warstwa słomy była wystarczająco gruba i chroniła bulwy przed słońcem.

Próbuję stosować metody nie wymagające „brutalnego” przetwarzania ziemi – orania czy przekopywania, czyli uprawę bezorkową (ang. no till).  Chciałbym, by wypracowane przeze mnie metody nadawały się dla zapracowanych ludzi, którzy uprawiają własne jedzenie po godzinach. Odrzucam więc metody zużywające duże ilości energii – czy to własnej energii fizycznej potrzebnej do przekopania pola czy grządek, czy też energii zmagazynowanej w formie pieniędzy potrzebnych na zakup czy dzierżawę ciągnika. W przypadku ziemniaków metoda się dobrze sprawdziła w tym roku.

Najtrudniejszy jest pierwszy rok przestawienia się na uprawę bezorkową. Trzeba się zmierzyć z dość mocno zbitą ziemią oraz tzw. chwastami. Być może więc w przyszłym roku pokuszę się na jednorazowe przeoranie pola pod zboża. W kolejnych latach dokładanie na powierzchnię warstwy mulczu oraz odpowiednie wysiewanie zielonego nawozu powinno umożliwić mi docelowe przejście na uprawę bez orki. Metody te stosowali i opisywali Faulkner ("The Plowman's Folly") oraz Fukuoka ("Rewolucja źdźbła słomy"). Metodę taką stosuje przede wszystkim sama natura pokrywając ziemię opadającymi liśćmi, czy wyschniętą trawą.

Jakie są wady słomianej metody? Sporo ziemniaków zjadły mi gryzonie. Może nornice – nie znam się. Być może w słomie jest im łatwiej buszować niż pod ziemią. Dostają posiłek na tacy. Drugą wadą jest sama słoma - trzeba ją mieć. Ja przez sezon zużyłem ok. 3 dużych balotów (duże, ciężkie wałki) na wszystkie moje uprawy. Gdy się ma odpowiedni samochód lub przyczepę to przywiezienie takiej ilości słomy nie jest problemem i nie jest też zbytnio kosztowne. Liczę, że wysiewając zboża w przyszłym roku będę miał własną słomę – przynajmniej w części zaspokajającą potrzeby.

No i najważniejsze – własne ziemniaki, tak jak wszystkie własnoręczne uprawy są pyszne, a widok małych dzieci odkrywających, że ziemniaki nie biorą się z supermarketu jest bezcenny. Wyjścia na poszukiwanie ziemniaków z naszymi maluchami to duża radość, która dodatkowo poprawia smak obiadu J.



(Te nadgryzione po prawej smakowały nornicom, czy innym gryzoniom)


czwartek, 1 sierpnia 2013

Nie jest łatwo – pierwsza „porażka”

Gdy zbliżał się pierwszy czerwca spodziewałem się kłopotów. W ogrodzie prawie nic nie nadawało się jeszcze do jedzenia. Nie zdążyłem przygotować się do zakupu kur. Nie chciałem też zacząć mojego eksperymentu od zjedzenia owcy tylko dlatego, że nie przewidziałem trudności.

No więc pierwsze dwa tygodnie czerwca były czasem dzikich ziół. Jadłem pokrzywę, korzeń i ogonki liściowe łopianu, koniczynę, szczaw, babkę, liście mlecza. Rarytasem był kawałek cebuli siedmiolatki posadzonej zeszłej jesieni. Zostało mi z zeszłego roku odrobinę „gorszych” kawałków baraniny – szyja i żeberka.

Takie jedzenie spowodowało szybki spadek wagi. W ciągu dwóch tygodni ubyło mi dwanaście kilko i osiągnąłem poziom 70 kg, który sobie ustaliłem jako granicę. Dalej nie chciałem chudnąć. Pewnie jeszcze dziesięć kilo nie odbiłoby się źle na zdrowiu, ale moja rodzina mogłaby nie wytrzymać mojego widoku. Gdy człowiek tak szybko traci wagę to wszystkim kojarzy się to z chorobą.

No więc jak to jest z żywieniem się dzikimi ziołami? Jest to ciekawa dieta. Z jednej strony waga leci w takim samym tempie jak w przypadku postu na samej wodzie. Nie miałem jednak w ogóle negatywnych efektów początku postu. Głowa mnie nie bolała, miałem sporo sił i nie byłem nienaturalnie senny. Pokrzywa i łopian uchodzą za bardzo oczyszczające zioła, więc być może zafundowałem sobie przez przypadek intensywne odnowienie organizmu. Dopiero po straceniu dwunastu kilogramów zacząłem tracić siły. A, że był to bardzo intensywny i roboczy okres to utrata sił dawała się mocno we znaki.

Czy żywienie się dzikimi roślinami to mit? Pewnie nie. Być może gdybym miał więcej czasu, to spadek wagi byłby mniejszy. Najbardziej pożywną potrawą był korzeń łopianu, ale też jego wykopywanie było czasochłonne. Prawdopodobnie korzeń łopianu w dużych ilościach pozwoliłby mi się nasycić. Dodatkowo w czasach głodu dzikie rośliny zapewniały witaminy i inne cenne składniki. Chroniły też przed chorobami, co było istotne w momencie, gdy już bardziej syte jedzenie miało się niebawem pojawić. Dzikie rośliny są więc dobrym dodatkiem, lub sposobem na „dożycie” do obfitszych żniw. Dieta w pełni oparta o dzikie rośliny zdobywane w wolnych chwilach – nie dłuższych niż godzinę dziennie – raczej nie zapewnia kompletu wymaganych składników. 

Oto garść przemyśleń i obserwacji z okresu „dzikich roślin”.

  • Smaki. Pokrzywę uważam za bardzo smaczną. Czy w formie „szpinaku”, czy jako zupa. Również w postaci naparu – jak herbata. Na maśle z jajkami jest rewelacyjna, ale w czerwcu nie miałem takich ekskluzywnych dodatków. Młode liście mlecza (mniszka lekarskiego) jedzone jako sałatka są niezłe. Tyle tylko, że przy skąpej diecie w ogóle nie miałem apetytu na sałatki. Korzeń łopianu pokrojony w cienkie plastry i ugotowany był niezły, ale bez rewelacji. Ogonki liściowe łopianu gotowane raczej niesmaczne, ale dające chwilowe poczucie sytości. Kwiaty koniczyny też niezbyt rewelacyjne. Zjedzone na surowo mają lekko słodkawy smak, ale w większej ilości powodowały nudności. W przypadku ubogiego jedzenia i małego urozmaicenia smaków szczaw był prawdziwym rarytasem. Szczególnie sparzony i zjedzony w formie „szpinaku”. Kwaśny smak i delikatna konsystencja sparzonego szczawiu stanowiły cenny kontrast do dość nudnych pozostałych dzikich roślin. Cennym dodatkiem smakowym był też kiszony czosnek niedźwiedzi. Dopiero skromne jedzenie pozwala zrozumieć, dlaczego w dawnych czasach przyprawy sprowadzane z Indii do Europy miały tak dużą wartość.
  • Marnotrawstwo nie mile widziane. Gdy zielsko zebrane przy drodze było głównym pożywieniem to jeszcze większą uwagę zwracałem na resztki zostawione przez dzieci po posiłkach. Przejście przez lekki głód powoduje, że jedzenie na powrót staje się święte. Cenna byłaby wyprawa z dzieciakami, podczas której zaznałyby lekkiego głodu. Wtedy jedzenie zmienia się z powszechnie dostępnego towaru w żywą, świętą istotę, która daje nam chwilę życia.
  • Cenna suszarnia. Słoneczna suszarnia okazała się cennym urządzeniem. Stojąc na słońcu cały czas „prosi się”, by coś do niej wrzucić. Szybko więc zbierają się zapasy suszonej pokrzywy, lubczyku, mięty, dziurawca czy macierzanki.
  • Pszczoły proste w hodowli. To za krótki czas, by wyciągać wnioski, ale pszczoły kojarzyły mi się z większą pracą. W praktyce przez pierwsze dwa miesiące poświęciłem im nie więcej niż dwie godziny. Cenne okazały się porady Emile Warre. Jeżeli przy wejściu do ula panuje w słoneczny dzień duży ruch i pszczoły wnoszą pyłek do ula to znaczy, że wszystko jest w porządku – królowa składa jaja, robotnice opiekują się larwami, zbieraczki latają po nektar i pyłek. Wtedy nie trzeba interweniować i otwierać ula. Jedynym problem, który dotychczas miałem z ulem bezbramkowym były plastry budowane pomiędzy dwiema belkami. Prostowanie plastrów trzeba przeprowadzić dość szybko, gdy jeszcze są małe. Je tego nie zrobiłem. Aby zabezpieczyć pszczoły przed warrozą posypałem je dwa razy w odstępach tygodniowych cukrem pudrem. Planuję jeszcze jedno obsypanie. Według wielu naturalnych pszczelarzy ta metoda bardzo skutecznie ogranicza zasięg pasożyta, a jednocześnie nie wprowadza do ula substancji zbyt podejrzanych. Ważne jest też uniezależnienie się od wielkich firm farmaceutycznych produkujących lekarstwa syntetyczne.
  • Pierwszy miesiąc pełen porażek rolniczych. O, tu mógłbym zapisać opasłe tomy J ale zamiast skupiać się na porażkach, w kolejnych postach będą opisywane wyciągnięte wnioski.

Sporo osób zwraca mi uwagę, że powinienem był zacząć znaczne później, po nabraniu co najmniej rocznego doświadczenia i po zebraniu zapasów. Pewnie tak byłoby łatwiej, ale moje podejście daje więcej ciekawych doświadczeń.

Czy możliwe byłoby kontynuowanie mojego eksperymentu? Z pewnością ubicie jednej owcy pozwoliłby na uzupełnienie brakujących składników i dożycie do lepszych czasów.  Niestety w tym roku nie miałem mleka owczego, które również mogło zadecydować o „życiu lub śmierci”. Przyczyna braku mleka jest dość skomplikowana i zakładam, że w przyszłym roku ten sam okres będzie już znacznie łatwiejszy.

Co dalej? Po przekroczeniu magicznego progu 70 kg zacząłem kupować i jeść ziemniaki. Dieta w lipcu była w większości oparta o kupione jedzenie. Biorąc więc dosłownie mój zamiar, to należałby się przyznać do porażki. Ale ilość doświadczeń i nauki, które otrzymałem w czerwcu i lipcu z zapasem rekompensują niepowodzenie. Nauczyłem się samodzielnej opieki nad stadem owiec, budowy kurnika i hodowli kur, budowy ula i pszczelarstwa. Nabrałem sporo nowej wiedzy na temat ziół. Eksperymentowałem z konserwowaniem żywności. Dowiedziałem się wiele o uprawie warzyw i owoców. Ta wiedza mocno mnie przybliżyła do niezależności żywieniowej.

Jeszcze nie wiem jaką przyjąć datę wznowienia eksperymentu. Cały czas się przygotowuję i gdy nadejdzie odpowiedni moment to dam Wam znać J.

W międzyczasie będę się dzielił doświadczeniami. Może kiedyś na bazie tej zabawy powstanie poradnik dla mieszczuchów pragnących niezależności.

Proszę też o porady i doświadczenie, bo Wasza wiedza była dotychczas bardzo cenna i wielokrotnie ułatwiła mi życie.