piątek, 12 grudnia 2014

Posiłek spod śniegu


Niby warzywnik już śpi, ale pod drobną warstwą śniegu kryje się nadal pełno pysznego jedzenia.

Niektóre warzywa mają już swoje ostatnie pięć minut przed przemarznięciem. Inne będą rosły przez całą zimę. Jeszcze inne - jak czosnek - posadzone na jesień czekają tylko na nadejście Walentynek (koniec Okresu Persefony u nas), by rozpocząć nowe życie.

Brukselka ponoć jest najlepsza, gdy przetrwa kilka mrozów. Z tej jednej rośliny będą jeszcze trzy obiady. Zjadamy nie tylko malutkie "kapustki", ale też duże liście brukselki. Mają specyficzny, brukselkowy smak.

brukselka
Na grządkach jest jeszcze kilka orientalnych "kapust" pak choi. Są dość delikatne, ale przetrwały już kilka mrozów po minus dziesięć stopni. Już nie są tak chrupiące, kawałki trzeba odrzucić, ale nadal pysznie smakują podsmażane.

pak choi odmiany Tsoi Sim - wystrzelił do kwiatów, ale jest pyszny po podsmażeniu

nasze ulubione śniadanie - pak choi podsmażany na oleju z dodatkiem curry, kurkumy, czosnku, czasem sezamu
Mibuna jest bardziej delikatna niż pak choi. Są to już jej ostatnie dni na grządce, ale nadal po odmrożeniu jest smaczna.


mibuna
Tu raczej musicie mi uwierzyć na słowo. To są kalarepki z "drugiego rzutu". Sadzonki przeniosłem z rozsadnika na grządkę późnym latem. Mimo kilku mrozów, kalarepki nadal są smaczne. Już może nie tak perfekcyjnie jędrne, ale nie ma to jak żywe jedzenie.

kalarepki
W mądrych książkach piszą, że pory przetrwają zimę. Na razie mają się świetnie i mimo małego płaszcza ze śniegu są twarde i chrupiące. Cebuli zdecydowanie zbyt mało posadziłem i już się skończyły zapasy. Por jest dobrym zamiennikiem.

pory
Jarmuż to typowo zimowe stworzenie. Ten egzemplarz ma już ponad dwa lata. Przetrwał minus dwadzieścia stopni bez okrycia. Na przednówku będzie ważnym składnikiem sałatki pasterskiej.

jarmuż odmiany East Fresian Palm
Odmianę Russian Red jarmużu mam pierwszy rok. Według mnie jest smaczniejszy od wschdniofryzyjskiego. Właśnie teraz, w grudniu, świetnie nadaje się jako warzywo do obiadu.
jarmuż odmiany Russian Red, gdy tylko przyświeci słońce rośliny się podniosą
Zostały jeszcze w warzywniku resztki dużych liści kapusty. Daję je na bieżąco kurom, by miały trochę zieleniny w tym trudnym dla nich czasie.

Grządki okazują się dobrym miejscem do "przechowywania" jedzenia w zimie.

---
Powiązane tematy:

Żniwa zimą


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Zaczarowany ogród miejski

Przyszedł mi kiedyś do głowy taki pomysł - jedni mają nadmiar inni potrzebę, i że można to zrównoważyć tak, że każdy będzie zadowolony. Prawie jak w Paragrafie 22 J.

Jest sporo zielonych nieużytków. Jadąc przez miasto i po okolicach widać hektary nieuprawianej ziemi. Są ludzie głodni. Są ludzie, którzy mają czas, energię i chęć nauki własnej uprawy warzyw.
Szukam sposobu, by te nadmiary i niedobory zrównoważyć. Opisuję tutaj moje dotychczasowe przemyślenia i proszę Was o pomoc w opracowaniu koncepcji tego projektu. Zima to dobry czas na myślenie.

Cele

  • Stworzyć na nieużytkach ogród i uprawiać dobre jedzenie.
  • Zebrać przed zimą tyle łatwego w przechowywaniu, pysznego jedzenia, by lokalna grupa Food not Bombs miała wystarczająco warzyw na zupy dla bezdomnych na zimny okres. Może to być inna grupa ludzi, która potrafi skutecznie dotrzeć do osób potrzebujących.
  • Wyhodować tyle jedzenia, by starczyło również dla wszystkich uczestników projektu. Być może tylko trochę dla każdego. Byleby każdy mógł posmakować własnych „owoców” i odmatriksować trochę głowę.

Wstępne założenia / ograniczenia

  • Łatwość powielenia. Dwuminutowy filmik powinien wystarczyć, by zainspirować innych. Niech powstaną takie ogródki w każdym mieście. Sto w każdym J.
  • Jesteśmy gośćmi na ziemi. Trzeba się będzie dostosować do ograniczeń właścicieli. Prawdopodobnie nie będzie więc to miejsce na huczne imprezy i tańce w Noc Kupały – chyba, że właściciel wyraźnie się na to zgodzi. Być może trzeba się będzie dostosować do estetyki właściciela. Być może ktoś będzie chciał, by było „równiutko i czyściutko” a nie z fantazją permakulturową.
  • Minimalny ślad. Ogródki będą na użyczanej ziemi. Nie wiadomo na jak długo. Trzeba to tak zorganizować, by rozmontowanie ogródka było łatwe. Byśmy nie pozostawili po sobie masy śmieci. Właściciele ziemi też mogą się przestraszyć zbyt dużej ingerencji w ich teren.
  • Prostota. Mało narzędzi, mało energii z zewnątrz, mało administracji, mało zawracania głowy uczestnikom, mało reguł, mało konfliktów. Lekko.
  • Natura. Nie używajmy trucizn do ułatwiania uprawy. Stosujmy naturalne nawozy – najlepiej dostępne lokalnie.

Główne składniki tej zupy

  1. Nieużytki. Wydaje mi się, że dość łatwo uda się pozyskać ziemię. Ja na próbę pozyskałem 27 arów wstępnie na 2-3 lata. Być może w wyniku projektu opracujemy szablon umowy, która zapewni komfort zarówno najemcy, jak i uczestnikom projektu.
  2. Ludzie głodni. Wbrew pozorom nie jest oczywiste jak dobrze dotrzeć do takich ludzi. Ja na razie liczę na lokalną grupę Food not Bombs Bielsko-Biała, która wypracowała świetnie działającą formułę. Trzeba też szukać innych sposobów.
  3. Ludzie z nadmiarem energii. Założyłem, że są ludzie, którzy nie mają własnej ziemi i byłaby to dla nich okazja do nauki. Lub tacy, którzy nie mają koncepcji co zrobić z wolnym czasem. Na razie zidentyfikowanie takich osób wydaje się lekkim wyzwaniem. Luźne przemyślenia prowadzą do takich grup: osoby naprawdę bezrobotne, osoby lekko niedomagające psychicznie, uczniowie, osoby zmęczone pracą intelektualną, dla których ubabranie się w ziemi będzie przyjemnością, ci co palą kalorie w klubach fitness, osoby z problemami psychologicznymi (alkoholicy, narkomani, ludzie w depresji). Oczywiście grupę wspierających zwieńczają pasjonaci „niezrzeszeni” w żadnej z w/w grup J - czyli Wy. Więźniów wstępnie odrzuciłem, bo wymagałoby to silnego kontaktu z matriksem i pewnie jest kosmicznie skomplikowane.

Luźne przemyślenia

  • Podzielić teren na poletka i określić opiekuna do każdego poletka. Opiekunowie to osoby, które mogą się zaangażować w projekt na dłużej. Przydadzą się również osoby sporadycznie wspierające projekt – będzie sporo kopania, plewienia, zbierania.
  • Może warto zorganizować kursy uprawy warzyw, w ramach których uczestnicy dostaną wiedzę i praktykę, a dadzą swój czas i energię.
  • Często wokół hipermarketów są spore kawałki wolnej ziemi. Może udałoby się ich przekonać do udostępnienia ziemi. Hipermarkety organizują czasem autobusy, więc taka lokalizacja byłaby wygodna.
  • Osoby, które chciałby się zaangażować, ale nie mają możliwości uczestniczenia w zajęciach praktycznych mogłyby przekazywać donacje w naturze (narzędzia, nasiona) lub w gotówce (niechętnie). Nadmiar narzędzi można by przekazywać nowopowstającym grupom.
  • Warto zaangażować w projekt osoby z samochodami dostawczymi, by można było czasem przywieźć większą porcję obornika, czy inny ciężki towar.
  • Powinniśmy nawiązać kontakt z klubami jeździeckimi i rolnikami, by uzyskać dostęp do nawozu.

Stan projektu

  • Mamy 27 arów w Wapienicy koło Bielska-Białej do dyspozycji. Obok jest moja firma i mamy do dyspozycji minimalną infrastrukturę (magazynek na narzędzia, może prysznic).
  • Ziemia nie była uprawiana przez dłuższy czas. Wysoka trawa i zarośla zostały niedawno skoszone. Przywiozłem sporo worków z liśćmi i rozłożyłem dwa paski włókniny, by przytłumić chwasty. Może uda mi się jeszcze przed zimą przywieźć trochę obornika.

Jak widać wszystko co napisałem ma formę szkicu. I niech tak będzie, niech formuła się wykokosi poprzez dyskusję. Jak zwykle na początek dobrze jest zebrać grupę inicjującą. Ktoś wchodzi w ciemno?


Chciałem projekt rozpoznać bojem. Po prostu zacznijmy działać i zobaczymy co z tego wyjdzie. 

czwartek, 4 grudnia 2014

Najłatwiejsze warzywa - dynie i cukinie

Jakie warzywa udawały się nam najlepiej przez ostatnie dwa lata? Ranking otwierają cukinie i dynie. Uprawiamy je z własnych sadzonek, bo nasiona siane do gruntu są zjadane przez nornice. Roślinom trzeba dać dużo obornika lub innego nawozu, gdyż są mega żarłoczne. Wystarczy sterta obornika rozrzucona na ziemię, wetknięte nasiona czy sadzonki i tylko czekać na owoce.

Dynie i cukinie potrzebują dużo przestrzeni - są zaborcze. U nas rosną jak szalone praktycznie bezobsługowo.

cukinia na grządce wyścielanej kartonem i obornikiem 

Nawet plewić nie trzeba specjalnie, bo duże liście skutecznie zasłaniają słońce konkurencji. Mimo, że liście cukinii są atakowane pod koniec sezonu przez jakieś grzyby (biały nalot), to choroba nie dotyka owoców.

Dyniowate są wrażliwe na mrozy, więc koniecznie trzeba zebrać owoce zanim temperatura spadnie poniżej zera. My przechowujemy dynie w ciepłym pomieszczeniu (ok. 18-20 stopni) i mino tej zbyt wysokiej temperatury po sześciu tygodniach przechowywania owoce są nadal pełne świeżości. Startą cukinię zasypywaliśmy solą i przechowywaliśmy w słojach. Trzeba będzie tę metodę udoskonalić, bo zdarzają się słoiki sfermentowane.

Nasze ulubione przepisy otwierają placki z cukinii. Grubo starta cukinia, dwa jajka, trochę zieleniny i na patelnię. Prawdziwy smak lata.





Cukinia jest również świetna na surowo - grube plasterki zjadane jako zagryzka. Kolejna potrawa to duszona cukinia - miąższ jest delikatny, twarda skórka dodaje miłego kontrastu. Zupa cukiniowa jest delikatna i bardzo aromatyczna.

Cukinie są również ważną walutą w letnim handlu wymiennym. Jeśli posadzi się kilka roślin (więcej niż 3-4 na rodzinę) to zaczną się pojawiać spore nadwyżki, które są chętnie przyjmowane przez bliskich.

Tak jak cukinie królują w lecie, dynie są symbolem jesieni. Stąd też biorą się ich angielskie nazwy. Summer squash to te dyniowate, które jemy w lecie a winter squash to zjadane w zimie (i na jesień).

Dynię można zjadać na tysiąc sposobów. My zaczynamy od zupy dyniowej, której pojawienie się oznacza nadejście jesieni.



Kolejnym przysmakiem jest pieczona dynia. Do żaroodpornego naczynia nalewamy odrobinę oleju, dodajemy zioła - tymianek, rozmaryn, czy co tam akurat się natrafi w ogrodzie i wkładamy dynię pokrojoną w grubą kostkę. Około 40 minut pieczenia w piekarniku w temperaturze 170 stopni. Kto woli bardziej twardą może piec krócej. Absolutna pycha. Inną prostą potrawą, którą lubię zabierać do pracy jest surowa dynia pokrojona w kostkę. Zjadana na surowo ma bogaty smak i jest całkiem sycąca.

cukinia suszona na słońcu

wysuszona

dynie zebrane przed zapowiadanymi przymrozkami

nie przejmowałem się odchwaszczaniem upraw i perz nie przeszkadzał dyni


Jeśli macie duży trawnik w ogrodzie to to znaczy, że wirus matriksowy was mocno zainfekował :). Tyle wydatków i energii, by utrzymać zieloną pustynię :). Trawnik jest "ładny", ale to kwestia programowania głowy. Gdyby wszędzie w okolicy sąsiedzi robili w ogrodzie wysypisko śmieci obramowane zużytymi oponami, to pewnie nasza głowa po odpowiednim czasie programowania uznałaby ten widok za ładny. Podobnie jak wrzosowe wzgórza Szkocji, które wyglądają "pięknie", tyle że są symbolem klęski ekologicznej związanej z wyrębem szkockich lasów w czasie rewolucji przemysłowej.

Można zastosować taką oto procedurę odwirusowującą: już dziś, zanim spadnie śnieg, przygotować z desek lub okorów (prawie za darmo w tartaku) ramkę. Moje ramki są szerokości 120 cm i długości 3-4 metrów. Każdy inny rozmiar jest też dobry. Położyć ramkę na trawniku i ewentualnie wyścielić gazetami czy kartonem, by przytłumić trawę. Do ramki wrzucić sporo obornika. Z pewnością znajdzie się w okolicy jakiś klub jeździecki, który będzie miał nadmiar. Gdy minie zagrożenie przymrozkami (koniec maja), do tak przygotowanej grządki wtykamy nasiona lub sadzonki. Gdy obornik wśród trawnika razi, można na górę rozrzucić warstwę słomy, która też się znajdzie w klubie jeździeckim.

Większym wariatom polecam dynie uprawiane tak jak winorośl - z owocami zwisającymi nad głowami.



I jeszcze jeden przykład uprawy dyni (tym razem piżmowej) na małej powierzchni.





Może płot od południowej strony będzie dobrym stelażem na pionową uprawę dyniowatych?

---
powiązane tematy

Lista warzyw najłatwiejszych w uprawie - nasze doświadczenia 2013, 2014
Indianie, dynie i słoneczniki
Słoneczna suszarnia
Lista cennych książek

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Najłatwiejsze warzywa 2013, 2014

Oto lista roślin, których uprawa była najprostsza:

* cukinie i dynie - z własnych sadzonek,
czosnek - już w własnych ząbków,
* brokuły - z własnych sadzonek,
* jarmuż - szczególnie Russian Red - z własnych sadzonek,
* cebula - z kupionych dymek,
* seler - z kupionych sadzonek,
* buraki - z kupionych nasion,
* por - z własnych sadzonek,
* rzepa - wysiewanie do gruntu,
* fasolka szparagowa - z własnych sadzonek,
gryka - w 2014 z własnych nasion sianych do gruntu.

"Z własnych sadzonek" oznacza, że nasiona były kupione i posiane w rozsadniku lub w modułach.
U nas w roku 2014 nornice były plagą stąd sadzonki okazały się konieczne w przypadku roślin, które zwykle uprawia się z nasion sianych do gruntu. Może u Ciebie nie ma takiego problemu.

piątek, 21 listopada 2014

Webinar

Zapraszam Was na zorganizowany przez Cohabitat webinar dotyczący mojego projektu. 

miejsce: internetowe spotkanie w formule webinaru 
Data: 26 listopada, środa
Godzina: 19.00 - 20.30
Odpłatność: dobrowolna donacja / wstęp wolny
Zapis wideo: tylko dla osób które przekazały donację
Rejestracja: http://niekupiejedzenia.evenea.pl/

------
WEBINAR to nic innego jak odbywające się "na żywo" seminarium przeniesione z sali wykładowej do Internetu. W trakcie jego trwania wszyscy uczestnicy widzą wykładowcę i innych uczestników, mogą się z nimi bezpośrednio kontaktować - zadawać pytania i wyrażać opinie. Każdy uczestnik "siedzi w pierwszym rzędzie" - nikt mu nie zasłania, nikt mu nie przeszkadza. Prezentacje pokazywane przez wykładowcę są widoczne na Twoim ekranie.

Do zobaczenia! :)

poniedziałek, 13 października 2014

Indianie, dynie i słoneczniki

Zafascynował mnie opis tradycyjnego indiańskiego ogrodnictwa zawarty w książce „Native American Gardening: Buffalobird-Woman's Guide toTraditional Methods”. W 1910 młody student postanowił w ramach pracy naukowej spisać wiedzę najstarszej kobiety z grupy Indian Hidatsas z Dakoty. Efektem jest wspomniana właśnie książka – słowo w słowo przedyktowana przez Buffalobird-Woman. Kilkadziesiąt stron rzutem na taśmę uratowane przed zapomnieniem, zawierające setki jeśli nie tysiące lat nagromadzonych doświadczeń. Dziś powszechne są książki, z których wiedzę można skompresować z pięciuset stron do dwóch linijek. Ta książka jest ich przeciwnością.

Zakładanie ogrodu u Indian było znacznie prostsze niż u nas. Rodzina szukała kawałka ziemi, która nie była używana przez innych. Dla Indian koncepcja własności ziemi była podobnie abstrakcyjna jak własności powietrza, którym oddychamy. Dzięki temu ziemia nie była „zarezerwowana” w księgach wieczystych i nie leżała odłogiem. Albo była używana przez dziką przyrodę, albo przez ludzi. Gdy ktoś potrzebował to używał. Ograniczeniem górnym chciwości była praca wymagana do opieki nad ziemią. Po co posiadać nadmiar ziemi, jeśli się nie ma sił, by na niej gospodarować? Ktoś, kto próbował prostymi metodami uprawiać większy ogródek warzywny wie o co chodzi. Dochodzi się do pewnego poziomu równowagi, w którym rodzina jest w stanie wyżywić się z ogródka. Większy ogródek nie ma po prostu sensu, gdyż powodowałby tylko nadmiar pracy i mniej czasu na zabawę, twórczość i inne prawdziwie ludzkie czynności. Niesamowite, że powszechnie się uważa, że to nasze metody dostępu do ziemi są cywilizowane, a te stosowane przez ludy rdzenne są prymitywne. Dla wielu cywilizowanych – szczególnie młodych – ludzi projekt „własny kawałek ziemi” jest podobnie złożony jak projekt wystrzelenia rakiety w kosmos. Trudno dostępna praca, nierzadko prawie niewolnicza, pętla kredytu na 30 lat na głowie, setki papierów i przedzierania się przez opór urzędów, sieć powiązań niczym pajęczyna utrudniających wyrwanie się z miasta. I wszędzie w koło ci niestabilni psychicznie politycy pieprzący w telewizji i radio, siejący strach i nienawiść. Bez dwóch zdań coś solidnie spierd*****śmy. Niektórzy dadzą kontrargument „no i jak skończyli Indianie”. To mocny kontrargument. W starciu z agresją zachodniej „cywilizacji” żaden normalny lud nie przetrwa. Mam jednak nadzieję, że to jest chwilowa przegrana rdzennych kultur. Dalaj Lama zapytany o pozytywne strony inwazji China na Tybet świetnie odpowiedział. „Siedzieliśmy przez stulecia w izolacji, być może zbyt dużej izolacji. Nasze cenne nauki były dostępne tylko dla Tybetańczyków. W wyniku inwazji Chin i eksodusu Tybetańczyków skarby buddyzmu stały się dostępne na całym świecie.”. Podobnie z Indianami. W wyniku holocaustu Indian (ilość ofiar była większa co najmniej dziesięciokrotnie w porównaniu z zamordowanymi Żydami) wiedza i kultura indiańska rozchodzi się na cały świat. Dotarła nawet na takiej odległej Doliny Muminków, w której leży mój warzywnik :).

Do przygotowywania ogrodów i późniejszej kultywacji używano prostych narzędzi. Buffalo Bird’s Woman była ostatnią w swoim rodzie, która miała kopaczkę z ostrzem z kości łopatki. Innym narzędziem był zwykły zaostrzony kij służący do kopania. Mając takie narzędzia można wyżywić rodzinę, zapewniając jej najwyższej jakości jedzenie. Kopaczka z kości i kij.

Oprócz szczegółowych instrukcji ogrodniczych książka zawiera też sporo wiedzy na temat życia Indian. Przykładem jest zwyczaj stawiania „platformy strażników” przy ogrodzie. Wiadomo jak dzieci uwielbiają domki na drzewach. Indiańskie dzieci dostawały więc co roku coś w rodzaju domku – drewnianą platformę, na którą wychodziło się po drabinie. Od strony południowej wisiała skóra zwierzęca zapewniająca cień. Przez całe lato indiańskie dziewczynki miał ważne zadanie. Opiekowały się ogrodem doglądając go z platformy strażników. Śpiewały całymi dniami specjalne piosenki, by rośliny dobrze się rozwijały. Odpędzały ptaki żerujące w ogrodzie czy inną zwierzynę. Groźną zwierzyną okazywali się mali Indianie, którzy zakradali się do ogrodów, by zdobyć młodą kolbę kukurydzy. Osobnym rytuałem były flirty pomiędzy dziewczynkami pilnującymi ogrodu na platformie, a zakradającymi się chłopcami. Dziewczyny wymyślały piosenki ośmieszające chłopaków, a ci wiecznie kręcili się przy platformie demonstrując swoje umiejętności i prężąc muskuły :). Patrząc jak dziś dzieci wiszą nam na głowach wysysając większość wolnego czasu i energii trzeba przyznać, że Indianie byli bardziej rozumni :).

Obok platformy budowano prosty szałas na kuchnię polową. Tam gotowane były posiłki dla rodziny.

Co zrobić gdy ktoś zachorował i nie miał sił, by pracować w ogrodzie na wiosnę, czyli w czasie kiedy nie można było sobie pozwolić na zbytnie opóźnienia w sadzeniu? Proste. Wystarczy poprosić sąsiadów o wykonanie pracy w zamian za wspólny posiłek. Była to powszechnie respektowana metoda. Jak widać istnieje alternatywa dla ZUS i monstrualnych, kompletnie nieludzkich instytucji oplecionych kilometrami kabli i tonami systemów informatycznych. Wystarczy mieć życzliwych sąsiadów, umieć powiedzieć „proszę” oraz umieć przygotować biesiadę. No i jeszcze coś więcej. Trzeba mieć wiarę w ludzi.

Dynie stanowiły ważny składnik posiłków w zimie. Były krojone nożem z kości łopatki na plastry oraz wieszane na wierzbowych patykach. W ten sposób po trzech dniach suszenia na słońcu dynie były gotowe do przechowania.

Silos służący do przechowywania jedzenia na zimę to wyższa inżynieria. Kopano dół szeroki u podstawy i zwężający się jak butelka przy powierzchni ziemi. Dół był wyścielany odpowiednimi trawami, które sprawdziły się i nie pleśniały. Ściany były w przemyślny sposób wzmacniane gałęziami wierzby. Następnie jedzenie było układane zgodnie z precyzyjnym planem. Najpierw kolby kukurydzy, później ziarno kukurydzy. W środku otoczone ziarnem leżały wysuszone dynie.  Takie ułożenie zapewniało trwałość przechowywania oraz wygodny dostęp do schowanego jedzenia. Urządzenie proste, skuteczne, ale widać, że zawierało wiedzę dziesiątek pokoleń. Eksperymentowanie z przechowywaniem żywności jest bardzo ryzykowne, a taki silos nie mógł powstać bez wieloletnich eksperymentów. Tym bardziej należy się Indianom wielki szacunek za ich wynalazek.



Moja uprawa dyni nie wiele ma wspólnego z tradycją indiańską. Na wiosnę na kawałku pola rozrzuciłem sporą warstwę owczego obornika, gdyż dynie są bardzo żarłocznymi roślinami i potrzebują sporo nawozu. W pierwszym nasadzeniu powtykałem nasiona dyni do obornika i posadziłem kilka sadzonek kupionych w sklepie ogrodniczym. Nie wiedziałem, że myszy uwielbiają nasiona dyni. Zanim się zorientowałem, że nic nie kiełkuje minęły tygodnie. Myszy zjadły wszystkie nasiona dyni, wszystkie nasiona fasoli i około stu sadzonek warzyw kapustowatych pieczołowicie chowanych w rozsadniku:). Taki pstryczek w nos po udanym pierwszym sezonie nieobfitującym w myszy. W ramach planu awaryjnego posiałem nasiona dyni w modułach i schowałem przed myszami. Straciłem w ten sposób jakieś sześć tygodni. W efekcie z sadzonek kupionych w sklepie wyrosły piękne, duże dynie, a z mojego drugiego rzutu dynie są jeszcze małe. Teraz codziennie trzeba obserwować prognozy pogody. Dynie przeżyły już dwa małe przymrozki w tym roku – takie po minus jeden stopień. Może jeszcze nieco podrosną.

Uwieńczeniem całego sezonu oczekiwania jest pierwsza jesienna zupa dyniowa.



 Jest to też znak przejścia do kolejnej pory roku. Zupa cukiniowa ze swoim lekkim wiosenno-letnim smakiem powoli ustępuję miejsca zupie dyniowej, w której wyraźnie czuć dłuższy czas dojrzewania smaku i aromatu. No i ten jesienny kolor, którego nie ma w warzywach letnich. Nie dość, że jedzenie nie zawiera żadnej chemii to jeszcze efekt własnej uprawy potęguje smak.

We wspominanej książce było zdjęcie indiańskiej łyżki z łodygi dyni. Łatwa w wykonaniu i całkiem wygodna :).



Spróbuję wysuszyć jedną dynię metodą indiańską. Może uda się przemycić trochę jesieni do środka zimy.

Na razie z mojej praktyki absolutnymi mistrzem w magazynowaniu jedzenia na zimę jest ziemniak. Łatwy w uprawie (gdyby nie zaraza ziemniaczana), bardzo pożywny i smaczny oraz w miarę łatwy w przechowywaniu na zimę. Jeśli suszenie dyni okaże się skuteczne to dynia może się okazać ważnym konkurentem ziemniaka. Może nie tak kaloryczna i pożywna, ale łatwiejsza w uprawie i zbiorze oraz wyjątkowo smaczna.

Słoneczniki indiańskiej odmiany hopi już są całkiem duże. Mam nadzieję, że dojdą przed mrozami. Będę mógł spróbować kolejnego przysmaku indiańskiego – kulek słonecznikowych. Pełniły one funkcję dzisiejszych batonów energetycznych. Młodzi Indianie wyruszający na długie polowania zabierali ze sobą te przysmaki. Gdy dopadło ich zmęczenie kulka słonecznikowa szybko stawiała ich z powrotem na nogi.



Pracujemy nad nowym pomysłem i potrzebna Wasza pomoc. Będzie to miejski ogród, w którym połączymy nadmiar ziemi leżącej odłogiem tu i tam z nadmiarem wolnego czasu i chęci wśród młodych ludzi. W efekcie wyhodujemy pyszne jedzenie dla tych, którym go brakuje. Takie proste zrównoważenie nadmiarów z brakami :). Kryteria wyboru roślin do uprawy są dość wyśrubowane. Łatwość uprawy z wykorzystaniem prostych narzędzi oraz niedoświadczonych pomocników, uprawa naturalna, bez chemii, brak możliwości ciągłego nadzorowania ogrodu. Produkty mają być pożywne i łatwe w przechowywaniu – tak, by można było robić z nich gorące posiłki – najlepiej zupy przez zimę i nieco dłużej. Na jakie rośliny powinniśmy postawić? Wszelkie inne podpowiedzi i pomysły mile widziane. Mamy zimę na dopracowanie koncepcji, by móc na wiosnę ruszyć z pracami.

Powiązane tematy:

niedziela, 14 września 2014

Bryndza

Pod koniec sezonu mlecznego mając nieduże stadko owiec mleka jest już mało. Na tyle mało, że nie wystarcza na zrobienie krążka sera twardego („żółtego”). Dziennie udoję około półtora litra z sześciu owieczek. Moja foremka do twardego sera dojrzewającego wymaga mniej więcej pięciu litrów mleka. Na początku sezonu mlecznego z dwóch udojów spokojnie zbierałem pięć, sześć litrów. Mimo to nadal wybór jest spory: można wykorzystać surowe mleko – świetne na przykład na naleśniki. Można zostawić na kwaśne mleko. Jest smaczne i tłuste (co ja uważam za zaletę). Można również zrobić ser. W zależności od potrzeb i dostępnego czasu robię bundz, charolette, fetę lub bryndzę.

Żeby zrobić bryndzę najpierw trzeba zrobić bundz. Sposób przyrządzania był już przeze mnie opisany wcześniej.

Lubię prostotę i taki jest też mój przepis na bryndzę. Zostawiam bundz na około trzy dni w temperaturze pokojowej, przewracając go raz, dwa razy na dobę i odcedzając serwatkę. Gdy pojawia się żółtawa skórka przychodzi czas na robienie bryndzy. Ugniatam ręcznie bundz  i wyrabiam ser jak ciasto, by pozbyć się grudek. Solę do smaku (ok. 1 łyżeczka soli na 2 litry mleka) i bryndza jest gotowa. Jest bardzo smaczna świeża, ale jeszcze lepsza, gdy dojrzeje. Wkładam ją do słoików i chowam w temperaturze ok. 10 stopni. Teraz do tego celu wykorzystuję małą lodówkę na wino, ale docelowo słoiki z bryndzą powinny wylądować w ziemiance. Bryndza sześciotygodniowa jest pyszna. Starszej się jeszcze nie doczekałem J. Ponoć można w ten sposób przechowywać ser przez rok i dłużej. W niektórych słoikach na górze zrobiłem „korek” z warstwy roztopionego masła. Zobaczymy co to da.



Znalazłem takie stare przepisy na bryndzę – może się Wam przydadzą.

Anna Kowalska - Lewicka "Hodowla i pasterstwo w Beskidzie Sądeckim" z 1980 roku

Bryndzę robili gospodarze w domu z odebranego na szałasie sera, już dojrzałego. Przy wyrobie bryndzy należy najpierw na niecce, czy też w cebrzyku dokładnie skruszyć ser rękoma i wyrobić jak ciasto, tak starannie, by nie było najmniejszej grudki. Przez cały czas wyrabiania soli się masę, kosztując co chwilę, czy dość już słona. Obecnie wielu gazdów przepuszcza ser przez maszynkę, taka jak do mielenia mięsa, ale wszyscy zgodnie twierdzą, że jakkolwiek to zmniejsza pracę, bryndza nigdy nie jest już taka dobra jak wyrobiona rekami. Masę serową ubija się pięścią w drewnianej "putyrce", lub "dzieżce", następnie nakrywa drewnianym denkiem, czyli pokrywą, lub deseczkami zwanymi w Obidzy "grąziami", na których dopiero kładzie się patyczki "speronki", a na nie ciężki kamień. Pod wpływem ucisku
na wierzch wychodzi rosół, który chroni bryndzę od zepsucia. Przechowuje się ją w spichrzu. Może stać rok, ale po kilku miesiącach staje się już "szczypiaca". Powyższy opis przedstawia sposób otrzymywania bryndzy w Obidzy.

Natomiast na wsiach takich jak Jaworki, Piwniczna, Łomnica robi się inny rodzaj bryndzy tzw. porna bryndzę o czym pisze dalej autorka: "Grude sera kroi się tu na plastry, czasem kruszy w kawałki (nie wyrabia ręką na ciasto) i ustawia na piecu w niecce czy w innym naczyniu. Pod wpływem ciepła "syr się gnoi, aż się rozlezie jak masło" i dopiero teraz soli się go i ubija w putyrce, nakrywa denkiem i przykłada kamieniem. Pod uciskiem kamienia wychodzi na wierzch tłuszcz, trzeba więc po jakims czasie zdjąć kamień, żeby tłuszcz z powrotem wszedł w ser, i dopiero teraz bryndza jest dobra. Używa się jej do smarowania kołacza, je z chlebem, rozpuszczoną w wodzie polewa się gotowane ziemniaki, używając tego zamiast mleka czy tłuszczu. Uważana jest za przysmak i im ostrzejsza, tym lepsza. W Łomnicy, Młodowie, jaworkach robią tylko taka bryndzę, w piwnicznej młodsze pokolenie robi już bryndzę nie poronioną. Bacowie Szczawnicy wyrabiali bryndze na szałasie i dopiero przy jesiennej likwidacji szałasu przewozili putyrę gotowej bryndzy do domu. W miarę wyrobu serów dodawali codziennie dalszą porcję do tego samego naczynia, Bryndza miała lepsza cenę niż same dzierzka i kupowali ja chętnie kuracjusze ze Szczawnicy

Mimo, że „prawdziwą” bryndzę robi się z owczego mleka, to równie pyszna jest ta robiona z krowiego. Warto więc znaleźć rolnika, od którego możemy kupić świeże, niepasteryzowane mleko. W wielu miastach dostępne są też mlekomaty ze świeżym mlekiem.  Jesień i zima to świetny czas na zabawę z serowarstwem. Efekty przychodzą szybko, a własne sery – jak każde własne, prawdziwe jedzenie – smakują wybornie J.

Powiązane tematy

Bundz, serwatka, nieśmiertelność

sobota, 6 września 2014

Czosnek

Przez dwa lata zabawy w ogrodnika polubiłem uprawę czosnku, bo jest prosta, a jej efektem są pyszne rośliny.

Sadzę czosnek na jesień. Można również wiosną, ale sadzenie jesienne daje roślinie sporo dodatkowego czasu. Wiosna to gorący okres w ogrodzie i dlatego warto posadzić co się da w bardziej leniwym czasie. Dla początkujących ogrodników sporą radością jest obserwowanie własnych upraw, a czosnek posadzony jesienią zaczyna cieszyć silnymi, mocno zielonymi pędami pod koniec zimy, gdy tylko zejdzie śnieg.

Grządka pod czosnek była przygotowana rok wcześniej (jesień 2012). Na trawie rozłożyłem kartony, na górę dałem warstwę owczego obornika, słomy i liści. Taka kanapka przeleżała przez zimę. W zimie i na wiosnę wsypałem na górę ok. 10 L popiołu z kominka – ponoć czosnek to lubi. Gdy na wiosnę chwasty przerosły przez karton dodałem kolejną warstwę. Mimo, że grządka nie była przekopana, to w momencie sadzenia czosnku ziemia była wystarczająco pulchna. Mali pomocnicy – robaki, grzyby i inne żyjątka – przez rok przekopały grządkę i zmieszały urodzajną warstwę z dolnymi pokładami starego, ubitego trawnika.

Oczywiście nie trzeba planować uprawy z tak dużym wyprzedzeniem. Można dziś przekopać kawałek trawnika, dodać nawozu i posadzić czosnek. Planowanie z wyprzedzeniem ma tą zaletę, że pozwala na zaoszczędzenie naszej energii (nie trzeba przekopywać) kosztem czasu.

Dla tych, co mieszkają w mieście lub okolicach liście są świetnym materiałem do nawożenia grządek. Ludzie skrupulatnie grabią liście, by nie było „bałaganu”. Później pieczołowicie pakują liście do worków foliowych i wystawiają przed dom. Tak, jakby chcieli nam ogrodnikom sprawić świetny prezent – cenny, pięknie zapakowany i przygotowany nawóz. Nic tylko podjechać, cichutko załadować do auta i rozsypać na grządkach. Tak zrobiłem i do wiosny liście przegniły wzbogacając grządki.

Czosnek posadziłem 13 października 2013. Zrobiłem kciukiem dziurki o głębokości 3-5 cm i wetknąłem ząbki czosnku. Rozstaw co ok. 20 cm, rzędy co ok. 30-40 cm. Ząbki należy wkładać spiczastą częścią do góry, choć zdarzył się jeden umieszczony do góry nogami i z niego też wyrosła piękna główka. Po wetknięciu ząbków wyrównałem ziemię i przykryłem warstwą słomy.

Do sadzenia użyłem główki odmiany Harnaś kupione w supermarkecie.

Na wiosnę pojawiły się zdrowe pędy czosnku. Gdy rośliny miały ok. 5 cm to przykryłem pojawiające się chwasty kolejną warstwą kawałków kartonu. W ciągu całego sezonu robiłem to jeszcze dwa razy. Rozprzestrzeniały się głównie chwasty wieloletnie – u mnie perz i jaskier, które udaje się mocno ograniczyć sukcesywnie wybierając kłącza.

W odróżnieniu od cebuli czosnek należy zbierać, gdy pierwsze liście zżółkną. W moim przypadku było to 16 sierpnia 2014. Jedną ręką trzyma się za łodygę, drugą podważa główkę łopatką. Warto to robić delikatnie, bo „siniaki” spowodowane zbyt gwałtownym wyciąganiem powodują trudności w przechowywaniu.

Wyciągnięte rośliny, lekko otrzepane z ziemi, powiesiłem w przewiewnym, zacienionym miejscu – na północnej ścianie domu. 



Po dwóch tygodniach korzonki były wyschnięte. Teraz łodygi i korzonki zostały odcięte, a ziemia pozostała na główkach została ściągnięta wraz z jedną warstwą ochronnej łuski. Tak przygotowany czosnek nadaje się do przechowywania.

Kwiaty czosnku okazały się też dobre do przyprawiania sałatek. Zawierają one takie mini ząbki – bardzo smaczne i łatwe w obrywaniu. 



W ten sposób można jeszcze w tym roku przyprawiać jedzenie mini czosnkami z kwiatów, a duże główki zostawić na zimę.

Najlepsze z główek odłożyłem i zabezpieczyłem przez łakomymi domownikami. Będą niedługo posadzone. Zamierzam posadzić w tym samym miejscu. Zgodnie z zaleceniami mądrych ogrodników w trzecim roku już przestawię rośliny w inne miejsce.

Czosnek nie był atakowany przez żadne szkodniki. Przez cały sezon wegetacyjny wymagał łącznie nie więcej niż godzinę uwagi. Dwie grządki o łącznej powierzchni około pięciu metrów kwadratowych dały blisko sześćdziesiąt główek. Myślę, że można było jeszcze gęściej posadzić.

No to do roboty drodzy czytelnicy. Wycinajcie z trawnika grządkę na czosnek. W końcu uprawa trawnika to przedziwna czynność. Tyle wysiłku, paliwa, urządzeń, by osiągnąć jednolitą, w większości bezużyteczną, zieloną pustynię J. Kwintesencja „cywilizacji” zachodniej J. Tę samą energię można skierować na wyhodowanie pysznego, łatwego w uprawie i przechowywaniu czosnku.

---
Powiązane tematy:









poniedziałek, 25 sierpnia 2014

Prawdziwe umiejętności

W książce „Surviving Off Off-Grid” znalazłem świetny fragment, który postaram się przełożyć na nasz język. Warto się zastanowić jakie prawdziwe umiejętności posiadamy. Nie takie abstrakcyjne, z których codziennie korzystamy w pracy. Prawdziwe umiejętności. Takie, które byłyby potrzebne, gdyby na dwa tygodnie zabrakło prądu. Mogą się przydać J.

Dawno temu, na początku dwudziestego wieku stary traper z Północnej Dakoty zaprzągł konie do swojego wozu, spakował swoje rzeczy – w szczególności sidła – i ruszył na południe.

Kilka tygodni później zatrzymał się w małym mieście na północ od mokradeł Okefenokee w Georgii.

Był sobotni, leniwy poranek kiedy traper wszedł do lokalnego sklepu. Było w nim siedmiu czy ośmiu miejscowych.

Podróżnik rzekł:

- Panowie, czy możecie mi wskazać drogę do mokradeł Okefenokee?

Kilku starszych mieszkańców popatrzyło na podróżnika jak na wariata.

- Musi pan być z daleka – powiedzieli.

- Owszem, jestem z Północnej Dakoty – odpowiedział traper.

- Na mokradłach Okefenokee mieszkają tysiące dzikich świń – wyjaśnił jeden z mieszańców – ten, kto jedzie na mokradła prosi się o śmierć.

Podniósł swoją nogę.

- Straciłem pół nogi przez świnie w mokradłach!

Inny mieszkaniec powiedział

- Niech pan patrzy na te blizny, świnie odgryzły mi rękę!

- Te świnie żyją dziko od czasów wojny o niepodległość. Jedzą węże, wygrzebują korzenie i same dbają o siebie od ponad stu lat. Są dzikie i niebezpieczne. Nie może pan ich złapać. Nikt nie powinien sam jechać na mokradła.

Wszyscy przytaknęli.

Stary traper powiedział:

- Dziękuję panom bardzo za ostrzeżenie. A teraz wskażcie mi proszę drogę do mokradeł Ofekenokee.

Wskazali mu drogę i ponownie prosili, by tam nie jechał bo spotka go fatalny los.

- Sprzedajcie mi dziesięć worków kukurydzy i pomóżcie zapakować na wóz.

To też zrobili. Stary traper pożegnał się z mieszkańcami miasteczka i pojechał w stronę mokradeł. Wszyscy sądzili, że już go nigdy nie zobaczą.

Dwa tygodnie później traper powrócił. Podjechał pod sklep, zszedł z wozu, wszedł i kupił ponownie dziesięć worków kukurydzy. Po załadowaniu skierował się w kierunku mokradeł.

Dwa tygodnie później znowu powrócił i kupił kolejne dziesięć worków kukurydzy. To powtarzało się przez miesiąc, później drugi i trzeci. Co tydzień lub dwa stary traper przyjeżdżał do miasteczka w sobotni poranek, kupował dziesięć worków kukurydzy i odjeżdżał w kierunku mokradeł.

Nieznajomy wkrótce został legendą i obiektem plotek w małym miasteczku. Ludzie zastanawiali się jaki diabeł zawładnął traperem, że ten mógł wjechać samotnie na mokradła i nie zostać zjedzonym przez dzikie świnie.

Pewnego poranka traper przyjechał do miasteczka jak zwykle. Wszyscy myśleli, że chce więcej kukurydzy. Nieznajomy ściągnął rękawiczki.

- Panowie, potrzebuję wynająć dziesięć lub piętnaście wozów oraz dwudziestu, trzydziestu ludzi. Mam sześć tysięcy dzikich świń na mokradłach. Świnie są ogrodzone i bardzo głodne. Trzeba je zawieść szybko na targ.

- Co pan ma na mokradłach? – zapytał zdziwiony sprzedawca.

- Mam sześć tysięcy złapanych świń. Nie jadły od dwóch, trzech dni i padną jeśli nie wrócę, by je nakarmić.

Jeden z mieszkańców zdziwiony zapytał

- A więc złapał pan dzikie świnie z mokradeł Okefenokee?

- Tak.

- Jak pan to zrobił? Co pan robił?

Jeden z mieszkańców krzyknął:

- Ale ja straciłem ramię!

- Ja straciłem brata! – zawołał inny.

- Ja straciłem nogę przez te dzikie świnie! – krzyknął trzeci.

Traper powiedział:

- Cóż, w pierwszym tygodniu gdy tam byłem świnie żyły dziko. Chowały się w zaroślach i nie chciały wyjść. Nie odważyłem się wyjść z wozu. Rozsypałem więc kukurydzę za wozem. Codziennie wysypywałem worek kukurydzy.

Stare świnie nie ruszały kukurydzy, ale młode zauważyły, że łatwiej jeść darmową kukurydzę niż ryć w poszukiwaniu korzonków, czy szukać węży. Tak więc młode jako pierwsze zaczęły jeść kukurydzę.

Tak robiłem codziennie. Niebawem nawet stare świnie zdecydowały, że łatwiej jeść darmową kukurydzę. W końcu wszystkie były wolne, nie były ogrodzone. Mogły uciec w dowolnym kierunku gdy tylko chciały.

Następnie nauczyłem je jeść w tym samym miejscu. Wybrałem polanę i zacząłem rozsypywać kukurydzę na polanę.

Na początku nie przychodziły na polanę. Była za daleko, była zbyt otwarta. Bały się.

Wkrótce jednak najmłodsze osobniki stwierdziły, że łatwiej jest wyjadać kukurydzę z polany niż ryć w poszukiwaniu korzeni czy łapać węże. Niedługo stare świnie dołączyły, gdyż też uznały, że łatwiej jest przychodzić codziennie na polanę.

W ten sposób nauczyłem świnie, by przychodziły codziennie na polanę po darmową kukurydzę. Nadal mogły dojadać korzonki i węże. W końcu były wolne. Mogły uciec w dowolnym kierunku w każdej chwili. Nie były w jakikolwiek sposób uwiązane.

Następnym krokiem było przyzwyczajenie ich do słupów płotu. Tak więc zakopałem słupy wokół całej polany – w zaroślach by nie wzbudzały podejrzeń świń. W końcu były to tylko grube patyki sterczące z ziemi – tak samo jak drzewa w zaroślach. Kukurydza była codziennie. Świnie łatwo mogły przejść obok słupków, zjeść kukurydzę i wyjść.

Tak robiłem przez tydzień albo dwa. Wkrótce bardzo się przyzwyczaiły do wchodzenia na polanę, zjadania darmowej kukurydzy i wychodzenia w las mijając słupy.

Następnie umieściłem dolne poprzeczki. Zostawiłem też kilka otwartych przejść, by starsze, grubsze świnie mogły przechodzić przez nie, a młode mogły bez problemu przeskoczyć przez dolne poprzeczki płotu. W końcu nie było to dużym zagrożeniem dla ich wolności czy niezależności. Mogły zawsze przeskoczyć poprzeczkę i uciec w dowolnym kierunku kiedy tylko chciały.

Teraz zdecydowałem, że nie będę ich karmił codziennie. Zacząłem karmić je co drugi dzień. W te dni, kiedy nie dostawały jedzenia, świnie nadal zbierały się na polanie. Kwiczały, ryczały i błagały o jedzenie. Ale ja karmiłem je co drugi dzień. Następnie zamocowałem drugą poprzeczkę do płotu.

Teraz świnie stawały się coraz bardziej zdesperowane, by dostać jedzenie. Ponieważ teraz już nie były przyzwyczajone do rycia w poszukiwaniu korzonków, czy łapania węży, to potrzebowały mnie. Potrzebowały mojej kukurydzy codziennie.

Tak więc nauczyłem je, że będę je karmił codziennie, jeśli zaczną przychodzić przez bramkę. Założyłem też trzecie poprzeczki na płocie.

Ale to nadal nie było dla nich dużym zagrożeniem, bo nadal było wiele bramek, przez które mogły w każdej chwili uciec.

Następnie założyłem czwarte poprzeczki. Zamknąłem wszystkie bramki z wyjątkiem jednej i karmiłem je bardzo, ale to bardzo dobrze.


Wczoraj zamknąłem ostatnią bramkę i dziś potrzebuję waszej pomocy, by zawieźć te świnie na targ.

czwartek, 21 sierpnia 2014

Zapomniane umiejętności

Co zrobić z owczą wełną? Ceny skupu są na tyle niskie, że póki co trzymam wełnę w szopce. Zbyt długo nie można trzymać, bo taka surowa traci na jakości. Jeden worek jest już zarezerwowany na ocieplenie domku kota. Może w zimie znajdzie się czas, by córę nauczyć filcowania.

Ale ale. By móc coś zrobić z wełną trzeba najpierw owce ostrzyc. To była umiejętność, nad którą najdłużej pracowałem. Gdy się nie ma wprawy to walka jest nierówna: wierzgająca owca między nogami, w ręce groźnie wyglądająca golarka elektryczna, której nie sposób wyłączyć, bo druga ręka zajęta przytrzymywaniem zwierzęcia. Na początku było trochę ran na skórze zwierzaków i również na mojej. Pomocny okazał się ten film instruktarzowy z Phillem Hartem w roli głównej. Tu wszystko wygląda dziecinnie prosto. Australijczycy mawiają, że po ostrzyżeniu dziesięciu tysięcy owiec ma się już taką właśnie wprawę jak Phill. Okazało się – co było dla mnie zaskoczeniem – że przy strzyżeniu owcy kluczowa jest praca nóg. Jeśli się źle ustawimy to pojedynek ze stukilowym baranem jest z góry rozstrzygnięty na jego korzyść. Trudno nauczyć się pracy  nóg z filmu Philla - on po prostu jest za szybki. Na szczęście znalazłem inny, bardzo cenny materiał, gdzie krok po kroku  pokazane jest strzyżenie stylem australijskim.

Kolejnym problemem, z którym się borykałem była obsługa maszynki do strzyżenia. Efekt był taki, że maszynka bardzo słabo strzygła, a ostrza się często nagrzewały. Odpowiednia regulacja siły docisku, smarowanie i dbałość o ostrza dały zadowalający efekt. Tu również cenny był wymieniony już wcześniej film instruktażowy

Dziś już jestem w stanie tak ostrzyc owcę, by wełna była w jednym kawałku i by nie było skaleczeń. Teraz tylko dalej ćwiczyć :).

Ale wróćmy do wełny. Dzięki społeczności zbudowanej wokół bloga wełna się przydała. Skontaktowała się ze mną Ewa, która będąc „zawodowym hodowcą” (mgr inż. zootechniki) pasjonuje się hodowlą i przetwarzaniem runa królików rasy angora. Wymieniliśmy się: wełna za włóczkę + wiedzę. Co prawda nadal nie wiem, co zrobić z włóczką, ale pewnie ktoś z domowników odkurzy stare metody dziergania na drutach :).

Przetwarzanie wełny przebiega w następujących krokach:

  1. Pranie, płukanie, wirowanie.


  1. Gręplowanie (Wikipedia: głównym celem tego procesu jest równoległe ułożenie włókien i uformowanie ciągłej, równomiernej taśmy włókien, która po kolejnych fazach rozciągania, łączenia i powtórnego rozciągania jest skręcana w niedoprzęd.).





  1. Przędzenie za pomocą wrzeciona lub kołowrotka.

Oto kilka luźnych fragmentów wiedzy otrzymanych od Ewy.

  • Lepiej przerabia się wełnę z tzw. „późnej strzyży” – gdy owce są już na pastwisku. W owczarni, żywiąc się sianem owce mają sporo kawałków siana na sobie.
  • Można strzyc owce po deszczu – wtedy wełna jest już częściowo wyprana. Po kilku miesiącach obserwacji zwierząt nabiera się wprawy i wiadomo, kiedy owce są zbyt brudne, a kiedy ich wełna jest czysta i błyszcząca. Dobrze wybrać odpowiedni moment.
  • Ewa wypróbowała metodę prania wełny „na lenia”. Potrzebny jest większy pojemnik i deszczówka. Można tak wyprać bardziej brudną wełnę, tylko musi być w miarę możliwości wytrzepana ze śmieci. Pojemnik należy zostawić gdzieś, gdzie nie będzie przeszkadzać (zapach) i nie wylewać wody przez kilka tygodni. Długość zależy od tego jaka będzie temperatura otoczenia.
  • Wełna z naszych owiec (wschodniofryzyjskie) nadaje się na rzeczy typu gryzące swetry, skarpety itd. Przy filcowaniu tej wełny może być trochę problemów, bo dominują włosy rdzeniowe (te długie), a puchowych jest znacznie mniej.
  • Jeśli w trakcie strzyżenia owca jest w miarę czysta to brudu można się pozbyć w dwóch praniach. Ewa wykorzystuje płyn do prania wełny z Rossmana. Do prania nadaje się też Ludwik lub zapomniany szampon do włosów. Odżywki do włosów powodują, że wełnę łatwiej rozczesać przed przędzeniem. Później przepłukanie i wirowanie. Wirowanie nie jest konieczne. Można wełnę wysuszyć na słońcu.
  • Przy praniu należy jak najmniej ruszać wełną, aby loki się nie pomieszały i nie podfilcowały. Po wypraniu należy rozluźnić wełnę w palcach. Można pomagać sobie szczotką, kiedy kosmyki są pozlepiane paprochami.



  • Wełna jest przeczesywana na drum carderze (zgrzeblarka bębnowa?) po 2-3 razy.
  • Gręplowanie nie jest konieczne. Można prząść wełnę zarówno potną (brudną, nieprzetwarzaną po ostrzyżeniu owieczki) jak i taką trochę rozluźnioną w palcach czy nawet przeczesaną na grzebieniach dla psów.
  • Ewa używa zgrzeblarki z drewna jesionowego dostępnej ze strony http://classiccarder.co.uk/drum-carders/standard-drum-carders/. Rodzaj drewna nie jest kluczowy. Zgrzeblarki różnią się rozmiarem płatów. Dostępne też są napędy elektryczne. Można również kupić różne bębny. Uniwersalny ma uiglenie równe 72 tpi. 40 tpi służy do przerobu grubych, ciężkich włókien owiec prymitywnych. 120 tpi i gęstsze (podobno nawet 200 tpi) są do bardzo delikatnych włókien jak angora czy kaszmir.
  • Z dodatkowych opcji Ewa wzięła dłuższe igły, czyli płat wełny mogę mieć nieco grubszy. Ma jeszcze szczotkę, którą zakłada się na główny bęben. Dociska włókna i zagęszcza płat. Ta szczotka jest szczególnie ważna przy gręplowaniu angory. Bez tej szczotki wszystko latałoby po całym pokoju, choć i tak trochę lata, ale tak już jest z królikami...
  • Kołowrotki produkuje firma Kromski.



Zapraszam na blog Ewy. Prosiłem ją również, by przekazała swoje rady jeśli w komentarzach pojawią się pytania.

Internet to błogosławieństwo. Bycie niezależnym człowiekiem wymaga sporej wiedzy. W przeszłości nabywało się ją od rodziców, dziadków. Dziś ta linia przekazu jest często przerwana. Rodzice i dziadkowie odcięli się od swoich rodziców i dziadków wskakując na całego w nowy, lepszy, matriksowy świat. Została nam Sieć. Książki dostępne w ciągu paru sekund, artykuły, czy wreszcie bezpośredni kontakt z innymi ludźmi – to wszystko powoduje, że mamy unikalną szansę. Po raz kolejny ukazuje się iluzja niezależności - być niezależnym wymaga czerpania z doświadczeń setek, tysięcy ludzi, czyli tak naprawdę zależność na dużą skalę :). Sądzę, że Internet w obecnym, wolnym kształcie nie potrwa długo – będzie reglamentowany i cenzurowany. Dlatego korzystajmy z tej unikalnej szansy jaką dziś mamy.

Świetne jest to, że wokół bloga rośnie ciekawa baza wiedzy. Często informacje w komentarzach są cenniejsze od głównego tekstu. Zachęcam czytelników do dzielenia się doświadczeniami.

--------- 

Powiązane teksty dotyczące zapomnianych umiejętności: „Gryka – uprawa i zbiór”, „Od gryki do placków”, „Leczenie zwierząt” oraz „Słoneczna suszarnia”.




niedziela, 17 sierpnia 2014

Tlen groźny dla łudzi

Okazuje się, że na bardzo długo oderwałem się od cywilizacji. Jadąc w tym tygodniu pociągiem do Warszawy w czasopiśmie kolejowym natrafiłem na tytułowe zdjęcie. Słońce okazuje się zabójcze dla dzieci. A na drugiej stronie jeszcze ciekawszy artykuł z roku 2025.

Pięć lat od rewolucji oksykologicznej to okazja do podsumowania. Warto przypomnieć, że ten nowoczesny ruch rozpoczął się od  badań medycznych zakrojonych na niespotykaną w historii skalę, sfinansowanych ze środków Unii Europejskiej. W ramach Programu Operacyjnego Lepszy Świat Partia przeznaczyła sto miliardów złotych na inwestycje w Narodowe Ośrodki Badawcze. Przełomowego odkrycia dokonali naukowcy z Warszawskiego Państwowego Instytutu Zdrowia. Przebadali oni pięć tysięcy umierających łudzi i stwierdzili ponad wszelką wątpliwość, że w każdym z przypadków bezpośrednio przed śmiercią badany robił głęboki wdech. To epokowe odkrycie stanowiło podwaliny oksykologii. Dziś każde dziecko w obowiązkowym żłobku, przedszkolu, czy szkole uczy się o zabójczych właściwościach tlenu. Inwestycje Partii w przemysł oksykologiczny dały zatrudnienie ponad dwustu tysiącom łudzi. Narodowe Techniki Oksykologiczne produkują obecnie filtry nosowe stosowane przez miliony konsumentów w Unii Europejskiej i USA. Suplementy wdechu opracowywane przez państwowe przedsiębiorstwa farmaceutyczne poprawiają jakość życia w stopniu niespotykanym w historii.

Dbając o bezpieczeństwo i dobrobyt łudzi oraz w odpowiedzi na rosnące zagrożenie oksoterroryzmem, w roku 2021 Partia wprowadziła obowiązek stosowania filtrów nosowych. Wprowadzono również odpowiednie regulacje do kodeksu karnego, w szczególności poszerzono definicję prawną samobójstwa. Warto przypomnieć historię największego zagrożenia demokracji XXIw. Pierwsi oksoterroryści zwani byli chucharami. Nie stosowali filtrów nosowych przez co wydychane przez nich powietrze zawierało sporą ilość śmiertelnego tlenu stanowiącego zagrożenie dla łudzi. Chucharzy łączyli się często w niezwykle groźne ekososady, w których uprawiali ogrody bez licencji oraz hodowali nieoczipowane zwierzęta. Dziś wywodzący się z chucharów oksoterroryści organizują na dużą skalę  zamachy samobójcze rozdając w miastach za darmo warzywa i inne przetwory pochodzące z nielegalnej produkcji. Policja oksykologiczna jest w takich przypadkach bezkompromisowa i wykonuje samobójstwa na miejscu.

Przypominamy, że w przyszłym tygodniu odbywają się już trzecie wybory zgodnie z wprowadzoną przez Polskę, najnowocześniejszą ordynacją wyborczą w Europie. Wszystkie oddane głosy zaliczane są  na poczet Partii, a łudzie mogą głosować w dowolnym dniu w Narodowym Tygodniu Wyborczym. Trwa niezwykle gorąca, pełna napięcia ale i  merytoryczna debata przedwyborcza. Obecnie w sondażach na prowadzeniu jest rządząca koalicja Wtorkowców, ale opozycyjni Czwartkowcy nie składa broni przekonując łudzi do głosowania w preferowany przez nich dzień pomysłowymi spotami telewizyjnymi. Kulminacja spektaklu wyborczego emitowana na żywo w stacji TVN w Niedzielę Wyborów zapowiada się pasjonująco. Tegoroczna kampania odbywa się pod jednoczącym naród hasłem „ Partia Wszystkich Łudzi”.




poniedziałek, 21 lipca 2014

Bundz, serwatka, nieśmiertelność

Bundz to jeden z prostszych serów jakie można zrobić. Ja go robię z mleka owczego, ale kiedyś próbowałem z krowiego i również był bardzo dobry.

Gdy samemu się hoduje zwierzęta to najprościej robić bundz z ciepłego mleka. Ma ono wtedy dokładnie taką temperaturę, jaka jest potrzebna do dobrego działania podpuszczki. Czasami też robiłem bundz z mleka dojonego przez dwa kolejne dni. Przechowywanie mleka przez około dobę w lodówce nie powodowało problemów z niechcianymi bakteriami. W takim przypadku powoli podgrzewam mleko do temperatury zbliżonej do temperatury ciała. Przy robieniu serów przestałem używać termometrów. Miały one sens na początku, by wyrobić sobie punkty odniesienia. Teraz już wolę sprawdzać temperaturę wkładając palec do mleka.

Gdy mleko jest ciepłe dodaję podpuszczkę. Podpuszczka to wyciąg z żołądka młodych przeżuwaczy – przeważnie cieląt. Pozwala ona na ścięcie słodkiego mleka. Ja używam podpuszczki Beaugel 50 (moc 1/1000 cokolwiek to znaczyJ ) firmy Coquard. Sprzedaje ją Agrovis (www.agrovis.eu). Polecam również świetne szkolenia serowarskie organizowane przez tę firmę. Opisana podpuszczka ma formę płynu co ułatwia dozowanie w porównaniu do podpuszczek bardziej skoncentrowanych i sproszkowanych.

Używam łyżkę podpuszczki na około cztery litry mleka. Taka ilość powoduje, że w ciągu 20-30 minut mam mocno ścięty skrzep. Łatwo można rozpoznać mleko po twardości skrzepu. Owcze jest bardzo zwarte – prawie jak niezbyt twarda galaretka owocowa. Mleko krowie tworzy znacznie mniej twardy skrzep, a kozie jeszcze bardziej miękki. Gdy parę razy zrobi się ser z pewnego źródła to można następnie łatwo stwierdzić, czy mleko było chrzczone.

Próbowałem użyć wyciągu z pokrzywy jako zamiennika podpuszczki, ale nie osiągnąłem dobrego efektu. Była to tylko jedna próba, więc trudno wyciągać wnioski.

Gdy mleko jest ścięte to kroję je nożem na ok. dwucentymetrowe kostki. Można zostawić na chwilę, by serwatka oddzieliła się od części stałej. Gdy mam mało czasu to rezygnuję z krojenia.



Następnie delikatnie przekładam tak zwaną gęstwę do miski, w której rozłożona jest gaza. Dla mleka owczego wystarczy jedna warstwy gazy. Dawno nie robiłem takiego sera z mleka krowiego, ale sądzę, że krowie się przeciśnie przez dziurki w gazie. Prawdopodobnie trzeba dać dwie warstwy.

Teraz zawiązuję gazę i podwieszam ser nad miską.



W zależności od tego jak długo ocieka bundz otrzymujemy różne sery. Wiszący przez noc do rana nie zdąży się skwasić i jest słodki. Ja takiego nie lubię, ale moi domownicy owszem. Pokrojony w plasterki, z solą bardzo im smakuje.

Ja lubię bundz dwu-trzydniowy. Staje się twardy, mało wodnisty i kwaśny.



Przygotowanie bundzu nie zajmuje więcej pracy niż ok. pięciu minut. Pozostały czas to oczekiwanie. Jedyną czasochłonną czynnością jest wymycie gazy – szczególnie, gdy ser sączył się trzy doby.

Serwatka z pierwszych kilkunastu godzin jest słodka. Ja taką wlewam do butelki i trzymam w lodówce. Jest bardzo orzeźwiająca podczas gorących dni. Zostaje w niej sporo cukru, trochę białka, więc jest całkiem pożywną substancją. Nie smakuje mi kwaśna serwatka, ale są osoby, które taką lubią. Dojąc codziennie owce serwatki jest całkiem sporo. Próbowaliśmy robić na jej bazie zupę jarzynową, ale smak serwatki zbytnio dominował. Może znacie dla niej jakieś ciekawe zastosowania kulinarne czy inne?

Pewien starszy przewodnik tatrzański powiedział mi kiedyś, że serwatka zawiera telomerazę. Na końcu chromosomów znajdują się niedawno odkryte telomery. To takie liczniki ilości podziałów komórek. Przy każdym podziale telomery się skracają i gdy licznik dojdzie do zera, komórka nie może się dalej dzielić. Umiera bez dalszego „potomstwa”. Telomeraza to enzym, który uczestniczy w tym procesie liczenia podziałów komórki. Ma ona związek z powstrzymywaniem starzenia. Nie znalazłem w Internecie potwierdzania, by w serwatce rzeczywiście była telomeraza. Temat mnie zainteresował i poszedłem dalej tym tropem. Natrafiłem na fascynującą opowieść o Henrietcie Lacks. Jej komórki pobrane z fragmentu nowotworu miały awarię telomerów. Były nieśmiertelne. Wkrótce w większości laboratoriów na świecie stosowano komórki Hela do prowadzenia badań – między innymi związanych ze szczepionkami. Mnożyły się tak intensywnie, że pojawiło się pojęcie „skażenie Hela” spowodowane nieposkromionym rozmnażaniem się komórek Henrietty.

Dopiero ten przypadek uzmysłowił mi, że człowiek jest tak naprawdę federacją komórek. Jesteśmy podobni do rodziny pszczelej – superorganizmem ze wspólną świadomością ale składającym się z mikro organizmów, z których każdy ma indywidualną świadomość. Wiele z naszych komórek (może wszystkie – nie znam się na tym) mogą żyć samodzielnie jeśli zapewni się im odpowiednie środowisko. Mimo, że pani Henrietta zmarła w w 1951 roku to jej komórki mają się świetnie. Podobno objętością są obecnie większe niż wnętrze Empire State Building.

W wyniku ponad sześćdziesięcioletniej ewolucji komórki HeLa przeszły sporo mutacji i oddaliły się budową od pierwowzoru. Biorąc pod uwagę te różnice i sukces ewolucyjny komórek– rozprzestrzenienie się po całym świecie – jeden z naukowców zasugerował, że oto właśnie powstał nowy gatunek – Helacyton gartleri. Mimo, że korporacje medyczne zarobiły miliardy dzięki badaniom na komórkach HeLa, to spadkobiercy pani Henrietty ledwo wiązali koniec z końcem. Byli szczególnie zbulwersowani faktem, że komórki pobrano bez wiedzy „właścicielki”. Książka „The Immortal Life of Henrietta Lacks” (nie czytałem) opisuje tę historię.

Pasjonują mnie takie ciągi myślowe. Dzięki przypadkowemu spotkaniu z przewodnikiem tatrzańskim doszedłem z serwatki to komórek HeLa. Później poszedłem dalej i trafiłem na fascynujący temat - epigenetykę. Jest tak ciekawy, że pozwolę sobie w przyszłości zrobić większą dygresję i napisać parę słów na ten temat.

Ale wróćmy do serowarstwa. Podczas robienia bundzu zdarza mi się czasem pewna wada – okrągłe dziurki. Na szkoleniu serowarskim fachowcy wspominali, że jest to spowodowane rozwojem niekorzystnych bakterii coli, a powodem jest nieodpowiednia higiena procesu. Niestety nie zauważyłem żadnego związku pomiędzy pojawianiem się dziurek, a tym jak doję i robię ser. Zauważyłem, że dziurki się pojawiają, gdy jest cieplej. Gdy dziurek jest niewiele to ser uważam za jadalny. Wyrzucam go jedynie, gdy cała gęstwa zacznie wyglądać jak wyrośnięte ciasto na chleb i gdy zacznie podobnie pachnieć. W niektórych wzmiankach w Internecie wyczytałem, że dziurki nie są problemem. Wiecie coś na ten temat?

Z bundzu robię dwa kolejne serki: bryndzę oraz fetę. Ale o tym w kolejnych wpisach. Pozdrawiam J.