środa, 12 marca 2014

Leczenie zwierząt

Lubię niezależność. Pełny brzuch i dobre zdrowie to najważniejsze potrzeby. Gdy one są zaspokojone, to z pozostałymi jest łatwiej. Na moim blogu większość tekstów poświęcam niezależności żywieniowej. Teraz parę słów na temat uniezależnienia się od opieki weterynaryjnej.

Tak jak w przypadku naszego zdrowia, tak i w przypadku zdrowia zwierząt, którymi się opiekujemy przyzwyczailiśmy się, że "naturalnym" rozwiązaniem większości problemów jest wizyta u specjalisty. Ja staram się unikać tych metod i samemu od czerwca zeszłego roku – czyli od początku mojego eksperymentu – udało mi się obejść bez leków syntetycznych. Korzystałem jedynie z ziół, preparatów ziołowych oraz parad osoby specjalizującej się w medycynie wschodniej. Dodatkowo pościłem co dało niesamowite efekty.

Był to dla nas pierwszy rok w pełni samodzielnej opieki nad małym stadem owiec. Nic tak nie cieszy w hodowli jak widok zdrowego i zadowolonego zwierzaka – takiego jak na tytułowym zdjęciu. Nie zawsze jednak jest idealnie i w pierwszym roku hodowli pojawiło się sporo okazji do wykorzystania naturalnych metod leczenia zwierząt. W tym przypadku znowu Internet okazał się nieocenionym źródłem wiedzy. Poza Internetem dotarłem do świetnej książki z lat pięćdziesiątych „The Complete Herbal Handbook for Farm and Stable”. Książka zawiera duży leksykon roślin leczniczych oraz prostych, naturalnych metod radzenia sobie z większością chorób. Autorka nabierała doświadczenia miedzy innymi w kontaktach z greckimi hodowcami, którzy na rozrzuconych wyspach nie korzystali z pomocy służb weterynaryjnych. Również przytacza sporo ciekawej wiedzy zdobytej od Cyganów, dla których zwierzęta, a szczególnie konie, były od zawsze głównymi towarzyszami.

Oto kilka skutecznych sposobów, które stosowałem.

Biegunka. Zdarzyła się w lecie u kilku owiec intensywna, czarna, smolista biegunka. Jeden młody zwierzak szybko padł, a drugiego musiałem dobić mimo konsultacji z weterynarzem. Przy kolejnym ataku tej choroby byłem już mądrzejszy i szybko podałem odpowiednie leki. Na początek woda z drożdżami, która spowodowała jeszcze większe rozwolnienie i oczyszczenie. Następnie napar z tłuczonych kapturków żołędzi. Wykorzystanie kapturków żołędzi to ponoć cygańska metoda. Wcześniej stosowałem korę dębu, ale wymaga ona uszkodzenia drzewa. Teraz nazbieranie całorocznego zapasu kapturków zajęło mi parę minut. Po dwóch dniach takiej terapii owca wyszła z ciężkiego stanu do pełnego zdrowia. Wykorzystanie dębu świetnie też się sprawdza u ludzi. Od tego czasu w problemach jelitowych piję napar z kapturków żołędzi i problemy ustępują bardzo szybko. W czasie terapii pilnowałem, by chora owca dostawała sporo wody. W krytycznym dniu nawałem jej wodę na siłę z butelki.

Leczenie ran. W naszych okolicach nie ma groźnych, leśnych drapieżników. Głównym zagrożeniem dla owiec są domowe psy i pewnego dnia jeden z nich zaatakował nasze stado. Lekko zranił dwa zwierzaki, a jedna owca ucierpiała znacznie mocniej. Z okolic łydki pies wyrwał kawał skóry o powierzchni otwartej dłoni. Myślę, że z trzy procent powierzchni skóry zwierzęcia.



Do leczenia zastosowałem metody naturalne. Owca dwa razy dziennie przez ok. 7 dni dostawała do picia (na siłę, z butelki) miksturę oczyszczającą krew. Do pół litrowej butelki z wody mineralnej dodawałem 2-3 starte ząbki czosnku, 2 łyżki miodu i wody do pełna. Dodatkowo rana była przez około 10 dni smarowana „maścią” z czosnku i tymianku zalanego miodem. Stosowanie „maści” miodowej przyspieszało gojenie się rany. Strup był spory i gdy odpadał to pojawiała się mniejsza rana, którą na początku również smarowałem specjalnym miodem. Później widziałem, że rana dobrze się goi. Owca dochodziła do siebie przez ponad dwa miesiące. Przez cały ten czas miała problemy z chodzeniem.



To jest ciekawe zdjęcie. W zimie trawa była na tyle licha, że owce wolały zjadać siano i w zasadzie nie pasły się na resztkach trawy. Wszystkie z wyjątkiem tej jednej rannej. Ona chodziła po łące i szukała ziół, które prawdopodobnie pomagały jej w dojściu do zdrowia. Niestety rośliny były zbyt małe, by rozpoznać co wybierała.

W czasie wypadku owca miała już w brzuchu młode. Długo sobie nie mogła poradzić z porodem, a urodzone maluchy były słabe. Jednego nie udało się nam uratować mimo dokarmiania z butelki i długiego przytrzymywania w zaimprowizowanym inkubatorze. Drugi maluch - jagniczka - była słabiutka, ale przeżyła i teraz pięknie rośnie.

Cenną metodą sprawdzenia kondycji owcy jest tzw. FAMACHA. To metoda wykrywania anemii, której  przyczyną mogą być pasożyty wewnętrzne. Wystarczy lekko odchylić powiekę owcy i sprawdzić kolor tkanki. Powieka powinna być mocno różowa. W systemie FAMACHA dostępne są odpowiednie tabele z pięcioma odcieniami powieki. Ja już teraz nawet nie odchylam powieki, tylko jednym spojrzeniem sprawdzam kolor. Gdy owca wygląda zbyt blado to wtedy sprawdzam wewnętrzną część powieki.

Na razie doświadczeń w leczeniu mamy mało, ale z każdym miesiącem wiedza rośnie. Można na Allegro kupić stare książki o hodowli i leczeniu owiec. Za komuny w Polsce żyło kilka milionów owiec, a teraz jest około dwustu tysięcy, co tłumaczy bogactwo literatury z tamtych czasów. Moim głównym przewodnikiem jest "Storey's Guide to Raising Sheep, 4th Edition: Breeding, Care, Facilities". Ta jedna książka zapewnia mnóstwo wiedzy dla początkującego farmera-mieszczucha. Drugim źródłem wiedzy jest dla mnie YouTube, dzięki któremu nauczyłem się strzyc,



 przycinać racice


a nawet pomagać w porodach, co raz okazało się konieczne.

Najważniejsze jest zapewnienie zwierzętom takich warunków, by same sobie radziły z chorobami. Oto kilka moich obserwacji.

Świeża i sucha ściółka. Od czasu, gdy sam opiekuję się stadkiem to widzę dużą różnicę w żywotności zwierzaków gdy mają bardzo czysto w owczarni. Wcześniej niestety nie mogłem dopilnować warunków i zwierzęta były szybko atakowane przez pasożyty. Objawia się to kaszlem (pasożyty często rozwijają się w płucach), wypadaniem sierści, a przy skrajnie nasilonej chorobie wodnistą „kulką” pod żuchwą. Mimo chemicznego odrobaczenia niektóre ze zwierząt jeszcze co jakiś czas pokaszliwały. Teraz mają sucho i „odpukać” nawet tryk, który najdłużej kaszlał wrócił do zdrowia.

Słońce i powietrze. Do czasu, gdy pojawiły się młode owce codziennie rano wypuszczałem na wybieg i zaganiałem wieczorem do owczarni. Nawet, gdy było dużo śniegu i minus piętnaście stopniu to mając otwartą owczarnię zwierzęta wolały stać czy leżeć na mrozie. Całe lato i jesień owce spędziły na pastwisku mając jedynie brezentowy daszek, pod którym chowały się w czasie mocnych deszczów.

Spokój. Owce potrzebują spokoju. To płochliwe i nieufne zwierzęta. Ważne wiec, by żaden – nawet przyjazny pies – nie przeganiał ich, gdy sobie chcą poleżeć i w spokoju przeżuwać.

Pominąłem tu temat chyba najbardziej istotny – czyli jedzenie. O tym napiszę więcej przy okazji. Nauczyłem się, że pod tym względem hodowla owiec sprowadza się w dużej mierze do opieki nad pastwiskiem. Nieprzemyślane zostawienie zwierząt na jednym – nawet dużym polu – spowoduje szybką degradację roślin oraz upadek zdrowia zwierząt.

Na ten rok zaplanowałem posadzenie specjalnych apteczek dla naszych owiec. Będą to zielniki rozrzucone w różnych częściach pastwisk. Zamierzam rozsadzić czosnek niedźwiedzi lub jakiś odpowiednik z tej samej rodziny, glistnik jaskółcze ziele, gorczycę. Poszukam jeszcze innych roślin, które warto dosadzić. Może macie pomysły?

45 komentarzy:

  1. Nie znam się na upodobaniach owiec, ale zakładam, że pomaga im to, co człowiekowi: krwawnik, krwiściąg, babka lancetowata, tasznik, rumianek...

    OdpowiedzUsuń
  2. Pewnie tak. Z wyjątkiem krwiściągu i rumianku to pozostałe mają już na pastwisku.

    OdpowiedzUsuń
  3. Odnośnie książek, równiez wspomagam się literaturą anglojęzyczną ponieważ dostać coś odpowiedniego w Polsce - mało realne...

    OdpowiedzUsuń
  4. Już się martwiłam co u Pana, długo nie było wpisu :> Szkoda, że maleństwo padło :( Co do ziół to przypuszczam, że niektóre gatunki mogą pojawić się same. Nawóz, który pozostawiają owce może okazać się impulsem do obfitszego rozwoju ziół potrzebnym akurat osobnikom, które ten nawóz pozostawiają. Jeśli rozumie Pan co piszę. Czytałam kiedyś na ten temat, że zioła rozwijają się właśnie takie jakie zapotrzebowanie występuje na danym terenie.
    Życzę jak najlepszych efektów i mało zmartwień.

    Aga

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, zmartwień jest mało, a efekty poprawiają się wraz z doświadczeniem :). Pozdrawiam

      Usuń
    2. tak to prawda -czytalam kiedys ze pewien chory czlowiek mial w skladzie tabletek wyciag z rosliny (bardzo rzadkiej)-ktora pojawila sie na trawniku przed jego domem...w czaise jego choroby

      o tym i wielu innych, ciekawych rzeczach pisza autorzy Johanna Paungger i Thomas Poppe

      http://www.czarymary.pl/p_4458_zyjacy_ogrod_paungger_johanna_poppe_thomas

      http://www.czarymary.pl/p_840966_zycie_harmonii_rytmami_ksiezyca_paungger_johanna_poppe_thomas

      to sa ciekawe ksiazki-polecam!

      Usuń
  5. Najefektywniej i najlepiej dla zwierząt, gleby i roślin byłoby wprowadzić rotację, czyli trzymać owce na małym fragmencie pastwiska przez zaledwie parę dni, a potem dać temu fragmentowi odpocząć minimum miesiąc. Wymaga to oczywiście albo przesuwania ogrodzenia, albo licznych padoków, niemniej jednak jest to podobno zdecydowanie lepsze niż tradycyjny wypas. Polecam temat "rotational grazing / cell grazing" do przestudiowania.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak robię. W przeciwnym wypadku musiałbym mieć 15 hektarów :). Ogrodzenie elektryczne, a w szczególności siatka elektryczna są nieocenioną pomocą. Pozdrawiam

      Usuń
    2. jaką wielkość kwater stosujesz i przy jakiej ilości zwierząt? jak często robisz rotację?

      Usuń
    3. Mam około dziesięciu kwater i dorosłych zwierząt też koło dziesięciu. Staram się nie wypasać dłużej niż 5-7 dni na jednej kwaterze. Na niektórych 2-3 dni. Owce przepędzam na nową kwaterę, gdy trawa jest wygryziona do ok. 5 cm. Staram się nie dopuścić, by była wyższa niż 20 cm. W zależności od pory roku trawa odrasta od 4 tygodni do 8 czy nawet 10. Na jesień po sianokosach już nie odrasta i trzeba robić coraz większe kwatery. Pozdrawiam

      Usuń
  6. Sepp Holzer, austriacki permakulturzysta, mial to szczescie w nieszczesciu, ze jego gospodarstwo zasobne jest/bylo w uboga glebe i srogi klimat. To zmusilo go do oduczenia sie obowiazujacych norm dotyczacych uprawy ziemi i hodowli. Zarowno w stosunku do roslin jak i zwierzat kieruje sie on stopniem ich przystosowania do miejscowego srodowiska. Nastepnie umieszcza je w warunkach gdzie nastepuje naturalna selekcja. Nadto zawierza zwierzetom, ze maja one naturalny instynkt sluzacy przetrwaniu. Stad rozsiewa na swoich pastwiskach rosliny trujace. Uwaza, ze zwierzeta je potrzebuja jako czesc karmy by uodpornic sie lub leczyc sie z roznego rodzaju niedomagan. Jednym slowem Jasio wyrosnie predzej na zdrowego Jana gdy bedzie sie bawil w kurzu i blocie niz jego odpowiednik wzrastajacy bez ryzyka. Wlasny przyklad: nie majac doswiadczenia w hodowli koz nim je kupilem zawierzylem expertom sprzedajacym pasze (z ziarna). Kozy chorowaly, nie wiem co bylo tego powodem, jakkolwiek uzmyslowilem sobie ze w naturze kozy praktycznie nie zywia sie ziarnem. To dodatkowo przekonalo mnie, ze z poleganiem na autorytetach od zywienia tak ludzi jak i zwierzat nalezy byc ostroznym.
    Gdybym szukal odpowiednich roslin dla owiec to postapilbym w sposob nastepujacy: wpierw ustalibym z jakiego miesca na swiecie pochodzi moj gatunek owiec. Nastepnie obczytalbym sie o popularnych trawach z tego rejonu. Nastepnie wyselekcjonowalbym te, ktore moga rosnac w moim rejonie. Dalsza selekcja to sklonnosc do roslin dlugokorzennych bo one odporne sa na susze, krusza gliniasta glebe i przynasza mineraly na powierzchnie. Do takich roslin moze nalezec cykoria, bogata w bialko.

    OdpowiedzUsuń
  7. Co do książek polecam jeszcze "Veterinary Herbal Medicine", "Xie's Chines Veterinary Herbology" . Z polskich jest jeszcze "Rośliny leczące zwierzęta".
    Nie zawsze "obce" rośliny z innego siedliska przyjmą się na pastwisku, jeśli będą zbyt obce nie przeżyją.
    Zimą można dawać owcą takie wiechcie różnego zielska, z którego mogą sobie wybierać to co im trzeba.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za namiary. W komentarzach powstaje cenna baza wiedzy dla hodowców :).

      Usuń
    2. Czytałam tu o czosnku niedźwiedzim, nie wiem czy będzie całkiem ok. Najlepiej jest poczytać o zbiorowiskach roślinnych które ma się u siebie i do nich dobrać coś co jeszcze będzie pasowało. Jeśli łąka jest bardziej słoneczna i sucha można postarać się o czosnek zielonkawy, rośnie dobrze na glebach które mają trochę wapnia. Ta odmiana czosnku jest popularna w moich stronach w miejscach gdzie pasą się owce, a jedzą je także dzikie zwierzęta. Na Opolszczyźnie spotkałam się z tym, że dzikie zwierzaki nawet go wykopywały.
      Na podobnych stanowiskach rośnie też często krwiściąg, który jest roślinką pożeraną przez piękne motyle modraszki, a innym zwierzętom służą dużą zawartością tanin.
      W bardziej wilgotnych miejscach można postarać się o chrzan, który jest przydatny i dla człowieka. Jeśli się go nie ma można kupić taki nie strugany przed Wielkanocą ;) ładnie przyjmuje się nawet z kawałka korzenia, co jest też jego wadą, kiedy staje się chwastem. Konie potrafią się do niego dopierać nawet, kiedy nie ma już części nadziemnej. Liście są przydatne przy kiszeniu ogórków, ale u zwierząt podnoszą odporność i zapobiegają rozwojowi patogenów.
      Zapomniałam jeszcze napisać o wsiewkach z kminku i cykorii, te nasiona są dość łatwe do zakupu/wysiania i utrzymują się dość dobrze przy wypasie oraz koszeniu na siano.

      Usuń
    3. Jeszcze mam takie pytanie... czy byłaby opcja sprzedaży wełny z Pana owiec lub zamiany na coś innego?

      Usuń
    4. Nie ma problemu, chętnie się wymienię. W wełnie jest dość sporo nasion o kawałków siana. Z tego co czytałem to owce hodowane na wełnę są specjalnie traktowane, by runo było w jak najlepszym stanie. Moje owce są chowane trochę "na dziko". Jeśli to nie jest przeszkodą, to wełna jest do dyspozycji. Może w weekend uda mi się je ostrzyc, bo nadal chodzą w zimowych ubraniach. Pozdrawiam :).

      Usuń
    5. Chciałabym spróbować sprząść taka wełnę. Co z tego wyjdzie zobaczymy ;-)
      Nie znalazłam kontaktu, wiec podaje mój akonityna małpa gmail.com myślę, że jakoś się dogadamy

      Usuń
    6. OK, gdy tylko się trochę odrobię to ogolę owieczki i wyślę Ci runo na próbę. Ciekawe jak się będzie pracować z ich wełną. Mamy ambitne plany z córą, by w zimie trochę pobawić się w filcowanie. Tylko, czy zdążymy :). Pozdrawiam

      Usuń
  8. Moje owce rasy prymitywnej żyją na sposób prawie dziki - zimą karmię je tylko sianem i poję ciepłą wodą. Nie chorują, nie mam upadków. Zwierzaki mają do dyspozycji spory areał pastwiskowy i lasek, gdzie chętnie zimą posilają się korą świerkową i sosnowymi gałązkami, latem uwielbiają jeść krwawnik i piołun, a także wiesiołek, macierzankę piaskową. Rośliny te pojawiły się w obfitości jakiś rok po przybyciu owiec. Krwawnik rośnie łanami - niemiecka nazwa to Schafgarben. To drogocenne zioło owcze, stosowane przy problemach trawiennych i kolkach.
    Jeśli chodzi o pastwiska, to zwierzęta same przeprowadzają rotację. Przenoszą się na tydzień, dwa, w inne miejsce, a potem wracają. Są bardzo inteligentne, jak to zwierzęta prymitywne. Nie używam pastucha elektrycznego, tylko siatki leśnej. Owce nie są zamykane, mają zadaszone pomieszczenia, ale z nich nie korzystają, nawet gdy temperatury spadają poniżej -25 stopni. Plenność oscyluje w granicach 190-200%, zwykle rodzą zimą. O ich bezpieczeństwo dbają psy pasterskie, też prymitywne, którym niestraszne żadne warunki zewnętrzne. Taki sposób utrzymania zwierząt był od początku pewnego rodzaju eksperymentem, mającym dać odpowiedź, jak dobrze sobie radzić będą Heidschnucken w warunkach mało "cywilizowanych", bez farmakologii, suplementów witaminowych, owsa, etc.
    Weterynarz pobiera krew do badań (m.in. dwa razy do roku w kierunku blue tongue). Tylko tyle. Parazytolodzy sprawdzają owczą kupę. Owce nie mają pasożytów ani zewnętrznych, ani wewnętrznych.
    Trochę się rozpisałam.
    Pozdrawiam serdecznie i wszystkiego dobrego

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za podzielenie się cennymi doświadczeniami. Ładne te Heidschnucken :). Czy jedzenie śniegu przez owce nie uważasz za rozsądne? U nas woda jest bardzo cennym zasobem i gdy tylko leżał czysty i niezmrożony śnieg to nie dawałem wody. Owce wyglądały na zadowolone i przetrwały zimę w świetnej kondycji. Mimo, że opiekuję się rasą wschodnio fryzyjską, która już nie jest tak prymitywna, to też zauważyłem, że nawet w trakcie dużych mrozów wolą sobie żyć na zewnątrz, niż chować się do owczarni. Pozdrawiam i dzięki :)

      Usuń
    2. One bardzo lubią śnieg i jedzą go chętnie, ale dobrze im robi też ciepła woda, szczególnie podczas karmienia dzieci. To tylko taka moja i ich fanaberia. Bez ciepłej wody też dają radę.

      Usuń
    3. Ja hoduję prymitywną rasę zachowawczą, Greyface Dartmoor - nie wymagają schronienia nawet w zimie, zresztą ja ze swojej strony uważam że to dość nienaturalne aby zamykać zwierzęta w pomieszczeniach - zdrowsze jest świeże powietrze.

      Usuń
    4. Bardzo pocieszne zwierzaki z tych Szarogębów :). Czy w czasie wykotów też śnieg im nie straszny? Jakoś je specjalnie doglądasz w tym czasie, czy radzą sobie same jak przez tysiące lat? I to samo pytanie dot. Heidschnucken. Moje wyglądają na dość delikatne i sądzę, że małe mogłyby zamarznąć, gdyby ich przez pierwsze dni po porodzie nie osłonić przed chłodem. Ale może to moje fanaberie :).

      Usuń
    5. Twoje owieczki są delikatne. Wymagają więc więcej troski. Chciałabym takie też mieć, dla mleka i serów owczych, które umiem robić i wełny, która dobrze się przędzie i jest dużo bardziej delikatna od sznukowej. Na razie jednak mogę o tym tylko marzyć, gdyż wyjeżdżam często na 2-3 dni i nie miałby kto ich doić. Moje Sznuki są wytrzymałe bardzo, jestem pełna podziwu dla tych zwierząt. Rodzą w największe mrozy na zewnątrz, w śniegu. Już się przyzwyczaiłam, ale na początku było mi ciężko. Chciałam biec, wycierać, osuszać, ogrzewać. Podczas wykotów czasem się przyglądam, gdy akurat mam szczęście. Częściej rankiem widzę mamy z dziećmi u boku. By the way, wczoraj urodziła jedna z moich rogatych dwa jagnięta, nie wiem kiedy. Spodziewałam się, że będzie to najwcześniej za tydzień, bo w tym sezonie (wyjątkowo) mam wykoty wiosenne (tryki przyjechały na koniec października). Zwykle radzą sobie same, ale zdarzyło mi się też interweniować, gdy jagnięta były ułożone nieprawidłowo. Wszystko skończyło się dobrze. Mam nadzieję, że i w tym sezonie wszystko pójdzie zwyczajnie. Pozdrawiam

      Usuń
    6. Szarogęby radzą sobie świetnie, co prawda w naszej okolicy śnieg jest rzadko - jednakże w ich ojczyźnie bywa, i są one utrzymywane na zewnątrz przez cały rok. Z dorosłych owiec strzyże się około 10 kg wełny pomimo niewielkiej postury zwierzaków, moje specjalnie układały się tam, gdzie wiało przez całą zimę, grzebiąc przy tym w ziemi w celu ochłodzenia się. W Polsce raczej zostaną na zimę zakwaterowane przynajmniej pod wiatą, chcę im oszczędzić szoku termicznego na Podlasiu ;).

      Usuń
    7. Kamphoro, szarogębne runo wygląda bosko.

      Usuń
    8. Dzięki, to wszystko bardzo, bardzo ciekawe :). No i rasa szarogębna rozkłada na łopatki :).

      Usuń
    9. Greyface Dartmoor są uszlachetnioną wersją Whiteface Dartmoor, szukałam rasy dla siebie w świetnej książce Fleece and Fibre Sourcebook, znalazłam szarogęby i mnie zauroczyły totalnie, nie miałam co prawda nadziei że znajdę jakieś blizej niż w Devonie, tym bardziej że jest to dość rzadka rasa zachowawcza, ale zaraz okazało się, że w całkiem przyzwoitej odległości są dwie hodowle :)

      Usuń
    10. Ale jeszcze ich w Polsce nie masz? Ja przewoziłem tryka z Austrii i chyba trzy miesiące zeszło na papiery. Na szczęście mam pickupa, którego dało się "licencjonować" do przewozu owiec. Na potrzeby kontroli koledzy z lokalnego klubu komputerowego "NTHills" napisali mi po polsku pismo, że nie mają nic przeciwko wożeniu przeze mnie owiec. Zakładałem, że mądre pismo po polsku z nazwą rasy wschodnio fryzyjskiej w treści, z kolorową pieczątką i logotypem zawierającym wzgórza udobrucha interpol weterynaryjny. Na szczęście w tym dniu zapewne miały miejsce większe przestępstwa i nie zostałem uchwycony. Licencjonując samochód (ładnych parę stówek zapłaciłem) udało mi się obejść niespełnione wymaganie odpowiedniego kąta pochylenia deski, po której owce wchodzą (chyba ma być mniej niż 35 stopni). Zademonstrowałem pani inspektor, że owce podnoszę samodzielnie poprzez specjalną technikę, na którą składa się: przysiad, chwyt, wepchnięcie i postawienie i moja argumentacja okazała się wystarczająca. Dla bezpieczeństwa w dokumentacji pani inspektor zapisała, że hodowca, do którego jadę posiada odpowiednią pochylnie, którą mi udostępni. Miałem też duże wsparcie od kolegów z lokalnego sklepu sprzedającego motocykle Suzuki (dzięki Suzi Moto!). Opracowali mi specjalną klatkę dla owiec do Nissana Navara. Mechanik uznał, że w ramach wiosennych przeglądów motocykli to dość nietypowe zlecenie i z ochotą podszedł do projektowania i realizacji :) To było wesołe doświadczenie :) Podchodząc na serio człowiek by się zdenerwował, że urzędy robią co mogą, by zabronić ludziom dostępu do zdrowego jedzenia. A tak potraktowałem wszystko jak kabaret i zostałem już na tej "częstotliwości" do dziś :). Pozdrawiam :)

      Usuń
    11. Na razie jeszcze wykańczam gospodarstwo na Podlasiu, będę zjeżdżać ze wszystkim wczesną jesienią, po kawałku, w Anglii są kretyńskie przepisy że jesli koza albo owca ma być wyeksportowana to stado musi byc pod obserwacją vet od 3 do 5 lat (sic!!!), to juz nawet nie chodzi o przystosowany transport, ale wymogi są makabryczne. No i z byle jakiego portu też nie mozna się odprawiać, z kozami i owcami z Dover nie pojadę, muszę z Ramsgate, nie ma innego wyjścia. Co do eksportu, jako że wiozę własne stado z jednego gospodarstwa do drugiego, przepisy są dla mnie łagodniejsze - no i jeszcze mam zaprzyjaźnionego weterynarza, Jugosłowianina z pochodzenia, bardzo fajny i życiowy człowiek, który również owce hoduje, i jest związany ze srodowiskiem wyścigów konnych, był trenerem, więc pobratymiec mój ;)

      Ja też wszystko traktuję z przymrużeniem oka, naczej się nie da :) Pozdrawiam :)

      Usuń
  9. Suchy zielnik
    Zwierzeta ukladaja same wlasny jadlospis a w tym zielarska apteke. Kazdy gatunek zwierzat jest powolany do zasiewania roslin jemu przydatnych. Ptak przypadkowo w swoich odchodach moze przeniesc ziarno, z ktorego wyrosnie roslina przydatna dla owcy. Ale w odchodach owiec beda przede wszystkim ziarna z ktorych wyrosna rosliny im przydatne bowiem nimi sie odzywiaja. Niektorzy hodowcy owiec dodaja do paszy ziarna, ktore chca rozprzestrzenic, po kilku dniach przeganiaja owce na nowe miesce i owce swymi pigulkami dokonuja zasiewu. Wiecej mozna znalesc na internecie pod haslami: zoochoria, endozoochor(y)ia. Nasuwa sie mysl, ze owce majac dostep, nawet chwilowo, do dojrzalych roslin (z ziarnem) same sobie dobiora takie, ktore powinne byc na ich pastwisku.
    A przy okazji, palenie wiosne suchej trawy w bezpieczny i wlasciwy sposob, wzbogaca wartosci odzywcze roslin i przyspiesza ich wczesniejszy wzrost; czarna powierzchnia wchlania wiecej ciepla.

    OdpowiedzUsuń
  10. Ciekawe, to dla mnie nowa wiedza. Pastwiska były obficie nawiezione, więc może rzeczywiście w tym roku roślinność się mocno zmieni. Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  11. Ciekawy pomysł na życie. My również czerpiemy z natury jak najwięcej bo jesteśmy góralami, a oni już tak mają ;) sami robimy wędzonki (polecam stronę wedlinydomowe.pl), mamy przydomowy ogród, korzystamy z tego co daje natura. Dobrym naturalnym nawozem dla roślin jest nawóz z pokrzyw. Dobrze odżywia rośliny i nie choruje. Żeby go zrobić wystarczy wiadro wypełnione pokrzywami, które trzeba zalać zimną wodą i zostawić na tydzień. po tym czasie rozcieńczamy nawóz w proporcji 1:10 (1 litr nawozu na 10 litr wody). Podlewamy wieczorem uważając na liście roślin).

    OdpowiedzUsuń
  12. Plants For A Future: Rosliny przyszlosci
    W jezyku angielskim baza danych / database dotyczaca 7000 jadalnych, leczniczych i uzytecznych roslin
    http://www.pfaf.org/user/DatabaseSearhResult.aspx
    Doskonale zrodlo danych odnosnie roslin chociaz w jezyku angielskim ale latwo zrozumialych bez znajomosci tego jezyka. Np Pokrzywa(powszechnie znana) po lacinie to Urtica dioica. Sposob na dotarcie do danych o pokrzywie: na wikipediii nalezy znalezc pokrzywe, tam bedzie lacinsci odpowiednik na pokrzywe. Nastepne pod internetowym haslem nalezy znalezc baze danych wpisujac Plants for a future. Dana baza sie pojawi. Dalej w wolnym polu "szukaj" /search nalezy wpisac slowo - urtica - tj pokrzywa po lacinie i na tabeli okaze sie moze 20 roznych pokrzyw podzielonych na jadalne i lecznicze wraz ze skala ich wartosci od 1 do 5 lub od 1 do 5 serduszek w innych miejscach.
    Tam jest niemal wszystko w odniesieniu do 7000 roslin: jak je uprawiac, gdzie je kupic, na jakie choroby sa przydatne, jak je uzywac na wiele roznych sposobow. np pokrzywe jako dodatek do kompostu lub inaczej jakie rosliny sa przydatne do kompostu itd.
    Wlasnie popijam sobie herbate zrobiona ze swiezej pokrzywy / urtica dioica na w skali odzywczej 5 i skali medycznej 5. :)

    OdpowiedzUsuń
  13. Wracając do wątku ran - na otwarte rany, nawet zabrudzone fantastyczne efekty daje smarowanie maścią tranową. W sprawie owiec nie mam doświadczenia, ale wypróbowane na ludziach psach kotach i królikach - od lat. Działanie - przyspiesza ziarninowanie, nie tworzy się strup tylko 'powłoka elastyczna, więc strup nie pęka/nie jest zdzierany przez zwierzę.Ciekawe, że zwierzaki nie ruszają ran posmarowanych tą maścią. Rana nie ropieje i ogólnie nie paskudzi się. W przypadku ran już zaropiałych w ciągu 1 dnia ropa znika.
    Ze względu na niską cenę ( ok.2,50) i dostępność ( jeszcze!) mam już nie w apteczce ale jako kosmetyk. Pomaga także na ręce zniszczone przy pracy rolniczej czy murarskiej.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. chyba wiem czemu zwierzęta nie ruszają ran posmarowanych tranem - jest ohydny w smaku

      Usuń
    2. Dzięki za świetną poradę. Pozdrawiam :)

      Usuń
  14. Witam :)
    Ja mam małe stadko kóz, już drugi rok,między innymi nauczyłam się przyjmowania porodów oraz leczenia ich naturalnymi metodami, własnie ziołami. Kilka razy pomogłam jednej bardzo żarłocznej kozie we wzdęciu, stosowałam rozpuszczony węgiel, mieszankę ziół, które sama stosuję u siebie kiedy dopadnie mnie to co ją, rozpuszczone drożdże, masowanie i ugniatanie brzucha, okładanie ciepłym kompresem.
    W tym roku małe koźlątko najpierw miało biegunkę straszną, potem zatrzymanie kupy i ogromne wzdęcie, już myslałam, ze po niej, zastosowałam wszystko co mi przychodziło do głowy i w końcu wpadłam na pomysł, zeby dać jej taką zwykłą tabletkę osłonowa z bakteriami mlekowymi, my bierzemy ją razem z antybiotykami, rano mała już pięknie rozrabiała, wszystko przeszło jak ręką odjął. Co do lisci chrzanu to są niezastapione, moje dziewczyny je uwielbiają, wzmacnbiają i podobno usuwaj a pasożyty wewnętrzne. Masc na rany, to sama ją zrobiłam ze smalcu rumianku i kwiatów nagietka, tez jest niezastąpiona, stoi u mnie w lodówce przez cały rok, na oparzenia w sam raz.Pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dzięki za cenną wiedzę. Pozdrawiam :).

      Usuń
  15. Ze wpisu i komentarzy dowiedziałam się bardzo dużo nowego. Na pewno w przyszłości to wykorzystam (oby nie trzeba było:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też - z komentarzy :). Pozdrawiam!

      Usuń
  16. Bardzo ciekawy artykuł, blog zresztą także.

    OdpowiedzUsuń