środa, 3 czerwca 2015

Dziękuję

Drodzy czytelnicy,

Dziękuję Wam bardzo za odwiedzanie mojego bloga i komentarze. To był wspaniały czas i cieszę się, że tak wiele osób tak uważnie śledziło moje kroki.

Dostaję pytania dotyczące kolejnych wpisów. Obecna formuła bloga już się wyczerpała. Był pomysł, opisałem doświadczenia w trakcie jego realizacji. Podsumowaniem stał się webinar zorganizowany przez Cohabitat. To co chciałem przekazać na temat eksperymentu z samowystarczalnością zostało opisane.

Zbieram kolejne doświadczenia i gdy będzie się czym podzielić to z chęcią to zrobię.

Pozdrawiam serdecznie i życzę wszystkim powodzenia!

Igor

piątek, 12 grudnia 2014

Posiłek spod śniegu


Niby warzywnik już śpi, ale pod drobną warstwą śniegu kryje się nadal pełno pysznego jedzenia.

Niektóre warzywa mają już swoje ostatnie pięć minut przed przemarznięciem. Inne będą rosły przez całą zimę. Jeszcze inne - jak czosnek - posadzone na jesień czekają tylko na nadejście Walentynek (koniec Okresu Persefony u nas), by rozpocząć nowe życie.

Brukselka ponoć jest najlepsza, gdy przetrwa kilka mrozów. Z tej jednej rośliny będą jeszcze trzy obiady. Zjadamy nie tylko malutkie "kapustki", ale też duże liście brukselki. Mają specyficzny, brukselkowy smak.

brukselka
Na grządkach jest jeszcze kilka orientalnych "kapust" pak choi. Są dość delikatne, ale przetrwały już kilka mrozów po minus dziesięć stopni. Już nie są tak chrupiące, kawałki trzeba odrzucić, ale nadal pysznie smakują podsmażane.

pak choi odmiany Tsoi Sim - wystrzelił do kwiatów, ale jest pyszny po podsmażeniu

nasze ulubione śniadanie - pak choi podsmażany na oleju z dodatkiem curry, kurkumy, czosnku, czasem sezamu
Mibuna jest bardziej delikatna niż pak choi. Są to już jej ostatnie dni na grządce, ale nadal po odmrożeniu jest smaczna.


mibuna
Tu raczej musicie mi uwierzyć na słowo. To są kalarepki z "drugiego rzutu". Sadzonki przeniosłem z rozsadnika na grządkę późnym latem. Mimo kilku mrozów, kalarepki nadal są smaczne. Już może nie tak perfekcyjnie jędrne, ale nie ma to jak żywe jedzenie.

kalarepki
W mądrych książkach piszą, że pory przetrwają zimę. Na razie mają się świetnie i mimo małego płaszcza ze śniegu są twarde i chrupiące. Cebuli zdecydowanie zbyt mało posadziłem i już się skończyły zapasy. Por jest dobrym zamiennikiem.

pory
Jarmuż to typowo zimowe stworzenie. Ten egzemplarz ma już ponad dwa lata. Przetrwał minus dwadzieścia stopni bez okrycia. Na przednówku będzie ważnym składnikiem sałatki pasterskiej.

jarmuż odmiany East Fresian Palm
Odmianę Russian Red jarmużu mam pierwszy rok. Według mnie jest smaczniejszy od wschdniofryzyjskiego. Właśnie teraz, w grudniu, świetnie nadaje się jako warzywo do obiadu.
jarmuż odmiany Russian Red, gdy tylko przyświeci słońce rośliny się podniosą
Zostały jeszcze w warzywniku resztki dużych liści kapusty. Daję je na bieżąco kurom, by miały trochę zieleniny w tym trudnym dla nich czasie.

Grządki okazują się dobrym miejscem do "przechowywania" jedzenia w zimie.

---
Powiązane tematy:

Żniwa zimą


poniedziałek, 8 grudnia 2014

Zaczarowany ogród miejski

Przyszedł mi kiedyś do głowy taki pomysł - jedni mają nadmiar inni potrzebę, i że można to zrównoważyć tak, że każdy będzie zadowolony. Prawie jak w Paragrafie 22 J.

Jest sporo zielonych nieużytków. Jadąc przez miasto i po okolicach widać hektary nieuprawianej ziemi. Są ludzie głodni. Są ludzie, którzy mają czas, energię i chęć nauki własnej uprawy warzyw.
Szukam sposobu, by te nadmiary i niedobory zrównoważyć. Opisuję tutaj moje dotychczasowe przemyślenia i proszę Was o pomoc w opracowaniu koncepcji tego projektu. Zima to dobry czas na myślenie.

Cele

  • Stworzyć na nieużytkach ogród i uprawiać dobre jedzenie.
  • Zebrać przed zimą tyle łatwego w przechowywaniu, pysznego jedzenia, by lokalna grupa Food not Bombs miała wystarczająco warzyw na zupy dla bezdomnych na zimny okres. Może to być inna grupa ludzi, która potrafi skutecznie dotrzeć do osób potrzebujących.
  • Wyhodować tyle jedzenia, by starczyło również dla wszystkich uczestników projektu. Być może tylko trochę dla każdego. Byleby każdy mógł posmakować własnych „owoców” i odmatriksować trochę głowę.

Wstępne założenia / ograniczenia

  • Łatwość powielenia. Dwuminutowy filmik powinien wystarczyć, by zainspirować innych. Niech powstaną takie ogródki w każdym mieście. Sto w każdym J.
  • Jesteśmy gośćmi na ziemi. Trzeba się będzie dostosować do ograniczeń właścicieli. Prawdopodobnie nie będzie więc to miejsce na huczne imprezy i tańce w Noc Kupały – chyba, że właściciel wyraźnie się na to zgodzi. Być może trzeba się będzie dostosować do estetyki właściciela. Być może ktoś będzie chciał, by było „równiutko i czyściutko” a nie z fantazją permakulturową.
  • Minimalny ślad. Ogródki będą na użyczanej ziemi. Nie wiadomo na jak długo. Trzeba to tak zorganizować, by rozmontowanie ogródka było łatwe. Byśmy nie pozostawili po sobie masy śmieci. Właściciele ziemi też mogą się przestraszyć zbyt dużej ingerencji w ich teren.
  • Prostota. Mało narzędzi, mało energii z zewnątrz, mało administracji, mało zawracania głowy uczestnikom, mało reguł, mało konfliktów. Lekko.
  • Natura. Nie używajmy trucizn do ułatwiania uprawy. Stosujmy naturalne nawozy – najlepiej dostępne lokalnie.

Główne składniki tej zupy

  1. Nieużytki. Wydaje mi się, że dość łatwo uda się pozyskać ziemię. Ja na próbę pozyskałem 27 arów wstępnie na 2-3 lata. Być może w wyniku projektu opracujemy szablon umowy, która zapewni komfort zarówno najemcy, jak i uczestnikom projektu.
  2. Ludzie głodni. Wbrew pozorom nie jest oczywiste jak dobrze dotrzeć do takich ludzi. Ja na razie liczę na lokalną grupę Food not Bombs Bielsko-Biała, która wypracowała świetnie działającą formułę. Trzeba też szukać innych sposobów.
  3. Ludzie z nadmiarem energii. Założyłem, że są ludzie, którzy nie mają własnej ziemi i byłaby to dla nich okazja do nauki. Lub tacy, którzy nie mają koncepcji co zrobić z wolnym czasem. Na razie zidentyfikowanie takich osób wydaje się lekkim wyzwaniem. Luźne przemyślenia prowadzą do takich grup: osoby naprawdę bezrobotne, osoby lekko niedomagające psychicznie, uczniowie, osoby zmęczone pracą intelektualną, dla których ubabranie się w ziemi będzie przyjemnością, ci co palą kalorie w klubach fitness, osoby z problemami psychologicznymi (alkoholicy, narkomani, ludzie w depresji). Oczywiście grupę wspierających zwieńczają pasjonaci „niezrzeszeni” w żadnej z w/w grup J - czyli Wy. Więźniów wstępnie odrzuciłem, bo wymagałoby to silnego kontaktu z matriksem i pewnie jest kosmicznie skomplikowane.

Luźne przemyślenia

  • Podzielić teren na poletka i określić opiekuna do każdego poletka. Opiekunowie to osoby, które mogą się zaangażować w projekt na dłużej. Przydadzą się również osoby sporadycznie wspierające projekt – będzie sporo kopania, plewienia, zbierania.
  • Może warto zorganizować kursy uprawy warzyw, w ramach których uczestnicy dostaną wiedzę i praktykę, a dadzą swój czas i energię.
  • Często wokół hipermarketów są spore kawałki wolnej ziemi. Może udałoby się ich przekonać do udostępnienia ziemi. Hipermarkety organizują czasem autobusy, więc taka lokalizacja byłaby wygodna.
  • Osoby, które chciałby się zaangażować, ale nie mają możliwości uczestniczenia w zajęciach praktycznych mogłyby przekazywać donacje w naturze (narzędzia, nasiona) lub w gotówce (niechętnie). Nadmiar narzędzi można by przekazywać nowopowstającym grupom.
  • Warto zaangażować w projekt osoby z samochodami dostawczymi, by można było czasem przywieźć większą porcję obornika, czy inny ciężki towar.
  • Powinniśmy nawiązać kontakt z klubami jeździeckimi i rolnikami, by uzyskać dostęp do nawozu.

Stan projektu

  • Mamy 27 arów w Wapienicy koło Bielska-Białej do dyspozycji. Obok jest moja firma i mamy do dyspozycji minimalną infrastrukturę (magazynek na narzędzia, może prysznic).
  • Ziemia nie była uprawiana przez dłuższy czas. Wysoka trawa i zarośla zostały niedawno skoszone. Przywiozłem sporo worków z liśćmi i rozłożyłem dwa paski włókniny, by przytłumić chwasty. Może uda mi się jeszcze przed zimą przywieźć trochę obornika.

Jak widać wszystko co napisałem ma formę szkicu. I niech tak będzie, niech formuła się wykokosi poprzez dyskusję. Jak zwykle na początek dobrze jest zebrać grupę inicjującą. Ktoś wchodzi w ciemno?


Chciałem projekt rozpoznać bojem. Po prostu zacznijmy działać i zobaczymy co z tego wyjdzie. 

czwartek, 4 grudnia 2014

Najłatwiejsze warzywa - dynie i cukinie

Jakie warzywa udawały się nam najlepiej przez ostatnie dwa lata? Ranking otwierają cukinie i dynie. Uprawiamy je z własnych sadzonek, bo nasiona siane do gruntu są zjadane przez nornice. Roślinom trzeba dać dużo obornika lub innego nawozu, gdyż są mega żarłoczne. Wystarczy sterta obornika rozrzucona na ziemię, wetknięte nasiona czy sadzonki i tylko czekać na owoce.

Dynie i cukinie potrzebują dużo przestrzeni - są zaborcze. U nas rosną jak szalone praktycznie bezobsługowo.

cukinia na grządce wyścielanej kartonem i obornikiem 

Nawet plewić nie trzeba specjalnie, bo duże liście skutecznie zasłaniają słońce konkurencji. Mimo, że liście cukinii są atakowane pod koniec sezonu przez jakieś grzyby (biały nalot), to choroba nie dotyka owoców.

Dyniowate są wrażliwe na mrozy, więc koniecznie trzeba zebrać owoce zanim temperatura spadnie poniżej zera. My przechowujemy dynie w ciepłym pomieszczeniu (ok. 18-20 stopni) i mino tej zbyt wysokiej temperatury po sześciu tygodniach przechowywania owoce są nadal pełne świeżości. Startą cukinię zasypywaliśmy solą i przechowywaliśmy w słojach. Trzeba będzie tę metodę udoskonalić, bo zdarzają się słoiki sfermentowane.

Nasze ulubione przepisy otwierają placki z cukinii. Grubo starta cukinia, dwa jajka, trochę zieleniny i na patelnię. Prawdziwy smak lata.





Cukinia jest również świetna na surowo - grube plasterki zjadane jako zagryzka. Kolejna potrawa to duszona cukinia - miąższ jest delikatny, twarda skórka dodaje miłego kontrastu. Zupa cukiniowa jest delikatna i bardzo aromatyczna.

Cukinie są również ważną walutą w letnim handlu wymiennym. Jeśli posadzi się kilka roślin (więcej niż 3-4 na rodzinę) to zaczną się pojawiać spore nadwyżki, które są chętnie przyjmowane przez bliskich.

Tak jak cukinie królują w lecie, dynie są symbolem jesieni. Stąd też biorą się ich angielskie nazwy. Summer squash to te dyniowate, które jemy w lecie a winter squash to zjadane w zimie (i na jesień).

Dynię można zjadać na tysiąc sposobów. My zaczynamy od zupy dyniowej, której pojawienie się oznacza nadejście jesieni.



Kolejnym przysmakiem jest pieczona dynia. Do żaroodpornego naczynia nalewamy odrobinę oleju, dodajemy zioła - tymianek, rozmaryn, czy co tam akurat się natrafi w ogrodzie i wkładamy dynię pokrojoną w grubą kostkę. Około 40 minut pieczenia w piekarniku w temperaturze 170 stopni. Kto woli bardziej twardą może piec krócej. Absolutna pycha. Inną prostą potrawą, którą lubię zabierać do pracy jest surowa dynia pokrojona w kostkę. Zjadana na surowo ma bogaty smak i jest całkiem sycąca.

cukinia suszona na słońcu

wysuszona

dynie zebrane przed zapowiadanymi przymrozkami

nie przejmowałem się odchwaszczaniem upraw i perz nie przeszkadzał dyni


Jeśli macie duży trawnik w ogrodzie to to znaczy, że wirus matriksowy was mocno zainfekował :). Tyle wydatków i energii, by utrzymać zieloną pustynię :). Trawnik jest "ładny", ale to kwestia programowania głowy. Gdyby wszędzie w okolicy sąsiedzi robili w ogrodzie wysypisko śmieci obramowane zużytymi oponami, to pewnie nasza głowa po odpowiednim czasie programowania uznałaby ten widok za ładny. Podobnie jak wrzosowe wzgórza Szkocji, które wyglądają "pięknie", tyle że są symbolem klęski ekologicznej związanej z wyrębem szkockich lasów w czasie rewolucji przemysłowej.

Można zastosować taką oto procedurę odwirusowującą: już dziś, zanim spadnie śnieg, przygotować z desek lub okorów (prawie za darmo w tartaku) ramkę. Moje ramki są szerokości 120 cm i długości 3-4 metrów. Każdy inny rozmiar jest też dobry. Położyć ramkę na trawniku i ewentualnie wyścielić gazetami czy kartonem, by przytłumić trawę. Do ramki wrzucić sporo obornika. Z pewnością znajdzie się w okolicy jakiś klub jeździecki, który będzie miał nadmiar. Gdy minie zagrożenie przymrozkami (koniec maja), do tak przygotowanej grządki wtykamy nasiona lub sadzonki. Gdy obornik wśród trawnika razi, można na górę rozrzucić warstwę słomy, która też się znajdzie w klubie jeździeckim.

Większym wariatom polecam dynie uprawiane tak jak winorośl - z owocami zwisającymi nad głowami.



I jeszcze jeden przykład uprawy dyni (tym razem piżmowej) na małej powierzchni.





Może płot od południowej strony będzie dobrym stelażem na pionową uprawę dyniowatych?

---
powiązane tematy

Lista warzyw najłatwiejszych w uprawie - nasze doświadczenia 2013, 2014
Indianie, dynie i słoneczniki
Słoneczna suszarnia
Lista cennych książek

poniedziałek, 1 grudnia 2014

Najłatwiejsze warzywa 2013, 2014

Oto lista roślin, których uprawa była najprostsza:

* cukinie i dynie - z własnych sadzonek,
czosnek - już w własnych ząbków,
* brokuły - z własnych sadzonek,
* jarmuż - szczególnie Russian Red - z własnych sadzonek,
* cebula - z kupionych dymek,
* seler - z kupionych sadzonek,
* buraki - z kupionych nasion,
* por - z własnych sadzonek,
* rzepa - wysiewanie do gruntu,
* fasolka szparagowa - z własnych sadzonek,
gryka - w 2014 z własnych nasion sianych do gruntu.

"Z własnych sadzonek" oznacza, że nasiona były kupione i posiane w rozsadniku lub w modułach.
U nas w roku 2014 nornice były plagą stąd sadzonki okazały się konieczne w przypadku roślin, które zwykle uprawia się z nasion sianych do gruntu. Może u Ciebie nie ma takiego problemu.

piątek, 21 listopada 2014

Webinar

Zapraszam Was na zorganizowany przez Cohabitat webinar dotyczący mojego projektu. 

miejsce: internetowe spotkanie w formule webinaru 
Data: 26 listopada, środa
Godzina: 19.00 - 20.30
Odpłatność: dobrowolna donacja / wstęp wolny
Zapis wideo: tylko dla osób które przekazały donację
Rejestracja: http://niekupiejedzenia.evenea.pl/

------
WEBINAR to nic innego jak odbywające się "na żywo" seminarium przeniesione z sali wykładowej do Internetu. W trakcie jego trwania wszyscy uczestnicy widzą wykładowcę i innych uczestników, mogą się z nimi bezpośrednio kontaktować - zadawać pytania i wyrażać opinie. Każdy uczestnik "siedzi w pierwszym rzędzie" - nikt mu nie zasłania, nikt mu nie przeszkadza. Prezentacje pokazywane przez wykładowcę są widoczne na Twoim ekranie.

Do zobaczenia! :)

poniedziałek, 13 października 2014

Indianie, dynie i słoneczniki

Zafascynował mnie opis tradycyjnego indiańskiego ogrodnictwa zawarty w książce „Native American Gardening: Buffalobird-Woman's Guide toTraditional Methods”. W 1910 młody student postanowił w ramach pracy naukowej spisać wiedzę najstarszej kobiety z grupy Indian Hidatsas z Dakoty. Efektem jest wspomniana właśnie książka – słowo w słowo przedyktowana przez Buffalobird-Woman. Kilkadziesiąt stron rzutem na taśmę uratowane przed zapomnieniem, zawierające setki jeśli nie tysiące lat nagromadzonych doświadczeń. Dziś powszechne są książki, z których wiedzę można skompresować z pięciuset stron do dwóch linijek. Ta książka jest ich przeciwnością.

Zakładanie ogrodu u Indian było znacznie prostsze niż u nas. Rodzina szukała kawałka ziemi, która nie była używana przez innych. Dla Indian koncepcja własności ziemi była podobnie abstrakcyjna jak własności powietrza, którym oddychamy. Dzięki temu ziemia nie była „zarezerwowana” w księgach wieczystych i nie leżała odłogiem. Albo była używana przez dziką przyrodę, albo przez ludzi. Gdy ktoś potrzebował to używał. Ograniczeniem górnym chciwości była praca wymagana do opieki nad ziemią. Po co posiadać nadmiar ziemi, jeśli się nie ma sił, by na niej gospodarować? Ktoś, kto próbował prostymi metodami uprawiać większy ogródek warzywny wie o co chodzi. Dochodzi się do pewnego poziomu równowagi, w którym rodzina jest w stanie wyżywić się z ogródka. Większy ogródek nie ma po prostu sensu, gdyż powodowałby tylko nadmiar pracy i mniej czasu na zabawę, twórczość i inne prawdziwie ludzkie czynności. Niesamowite, że powszechnie się uważa, że to nasze metody dostępu do ziemi są cywilizowane, a te stosowane przez ludy rdzenne są prymitywne. Dla wielu cywilizowanych – szczególnie młodych – ludzi projekt „własny kawałek ziemi” jest podobnie złożony jak projekt wystrzelenia rakiety w kosmos. Trudno dostępna praca, nierzadko prawie niewolnicza, pętla kredytu na 30 lat na głowie, setki papierów i przedzierania się przez opór urzędów, sieć powiązań niczym pajęczyna utrudniających wyrwanie się z miasta. I wszędzie w koło ci niestabilni psychicznie politycy pieprzący w telewizji i radio, siejący strach i nienawiść. Bez dwóch zdań coś solidnie spierd*****śmy. Niektórzy dadzą kontrargument „no i jak skończyli Indianie”. To mocny kontrargument. W starciu z agresją zachodniej „cywilizacji” żaden normalny lud nie przetrwa. Mam jednak nadzieję, że to jest chwilowa przegrana rdzennych kultur. Dalaj Lama zapytany o pozytywne strony inwazji China na Tybet świetnie odpowiedział. „Siedzieliśmy przez stulecia w izolacji, być może zbyt dużej izolacji. Nasze cenne nauki były dostępne tylko dla Tybetańczyków. W wyniku inwazji Chin i eksodusu Tybetańczyków skarby buddyzmu stały się dostępne na całym świecie.”. Podobnie z Indianami. W wyniku holocaustu Indian (ilość ofiar była większa co najmniej dziesięciokrotnie w porównaniu z zamordowanymi Żydami) wiedza i kultura indiańska rozchodzi się na cały świat. Dotarła nawet na takiej odległej Doliny Muminków, w której leży mój warzywnik :).

Do przygotowywania ogrodów i późniejszej kultywacji używano prostych narzędzi. Buffalo Bird’s Woman była ostatnią w swoim rodzie, która miała kopaczkę z ostrzem z kości łopatki. Innym narzędziem był zwykły zaostrzony kij służący do kopania. Mając takie narzędzia można wyżywić rodzinę, zapewniając jej najwyższej jakości jedzenie. Kopaczka z kości i kij.

Oprócz szczegółowych instrukcji ogrodniczych książka zawiera też sporo wiedzy na temat życia Indian. Przykładem jest zwyczaj stawiania „platformy strażników” przy ogrodzie. Wiadomo jak dzieci uwielbiają domki na drzewach. Indiańskie dzieci dostawały więc co roku coś w rodzaju domku – drewnianą platformę, na którą wychodziło się po drabinie. Od strony południowej wisiała skóra zwierzęca zapewniająca cień. Przez całe lato indiańskie dziewczynki miał ważne zadanie. Opiekowały się ogrodem doglądając go z platformy strażników. Śpiewały całymi dniami specjalne piosenki, by rośliny dobrze się rozwijały. Odpędzały ptaki żerujące w ogrodzie czy inną zwierzynę. Groźną zwierzyną okazywali się mali Indianie, którzy zakradali się do ogrodów, by zdobyć młodą kolbę kukurydzy. Osobnym rytuałem były flirty pomiędzy dziewczynkami pilnującymi ogrodu na platformie, a zakradającymi się chłopcami. Dziewczyny wymyślały piosenki ośmieszające chłopaków, a ci wiecznie kręcili się przy platformie demonstrując swoje umiejętności i prężąc muskuły :). Patrząc jak dziś dzieci wiszą nam na głowach wysysając większość wolnego czasu i energii trzeba przyznać, że Indianie byli bardziej rozumni :).

Obok platformy budowano prosty szałas na kuchnię polową. Tam gotowane były posiłki dla rodziny.

Co zrobić gdy ktoś zachorował i nie miał sił, by pracować w ogrodzie na wiosnę, czyli w czasie kiedy nie można było sobie pozwolić na zbytnie opóźnienia w sadzeniu? Proste. Wystarczy poprosić sąsiadów o wykonanie pracy w zamian za wspólny posiłek. Była to powszechnie respektowana metoda. Jak widać istnieje alternatywa dla ZUS i monstrualnych, kompletnie nieludzkich instytucji oplecionych kilometrami kabli i tonami systemów informatycznych. Wystarczy mieć życzliwych sąsiadów, umieć powiedzieć „proszę” oraz umieć przygotować biesiadę. No i jeszcze coś więcej. Trzeba mieć wiarę w ludzi.

Dynie stanowiły ważny składnik posiłków w zimie. Były krojone nożem z kości łopatki na plastry oraz wieszane na wierzbowych patykach. W ten sposób po trzech dniach suszenia na słońcu dynie były gotowe do przechowania.

Silos służący do przechowywania jedzenia na zimę to wyższa inżynieria. Kopano dół szeroki u podstawy i zwężający się jak butelka przy powierzchni ziemi. Dół był wyścielany odpowiednimi trawami, które sprawdziły się i nie pleśniały. Ściany były w przemyślny sposób wzmacniane gałęziami wierzby. Następnie jedzenie było układane zgodnie z precyzyjnym planem. Najpierw kolby kukurydzy, później ziarno kukurydzy. W środku otoczone ziarnem leżały wysuszone dynie.  Takie ułożenie zapewniało trwałość przechowywania oraz wygodny dostęp do schowanego jedzenia. Urządzenie proste, skuteczne, ale widać, że zawierało wiedzę dziesiątek pokoleń. Eksperymentowanie z przechowywaniem żywności jest bardzo ryzykowne, a taki silos nie mógł powstać bez wieloletnich eksperymentów. Tym bardziej należy się Indianom wielki szacunek za ich wynalazek.



Moja uprawa dyni nie wiele ma wspólnego z tradycją indiańską. Na wiosnę na kawałku pola rozrzuciłem sporą warstwę owczego obornika, gdyż dynie są bardzo żarłocznymi roślinami i potrzebują sporo nawozu. W pierwszym nasadzeniu powtykałem nasiona dyni do obornika i posadziłem kilka sadzonek kupionych w sklepie ogrodniczym. Nie wiedziałem, że myszy uwielbiają nasiona dyni. Zanim się zorientowałem, że nic nie kiełkuje minęły tygodnie. Myszy zjadły wszystkie nasiona dyni, wszystkie nasiona fasoli i około stu sadzonek warzyw kapustowatych pieczołowicie chowanych w rozsadniku:). Taki pstryczek w nos po udanym pierwszym sezonie nieobfitującym w myszy. W ramach planu awaryjnego posiałem nasiona dyni w modułach i schowałem przed myszami. Straciłem w ten sposób jakieś sześć tygodni. W efekcie z sadzonek kupionych w sklepie wyrosły piękne, duże dynie, a z mojego drugiego rzutu dynie są jeszcze małe. Teraz codziennie trzeba obserwować prognozy pogody. Dynie przeżyły już dwa małe przymrozki w tym roku – takie po minus jeden stopień. Może jeszcze nieco podrosną.

Uwieńczeniem całego sezonu oczekiwania jest pierwsza jesienna zupa dyniowa.



 Jest to też znak przejścia do kolejnej pory roku. Zupa cukiniowa ze swoim lekkim wiosenno-letnim smakiem powoli ustępuję miejsca zupie dyniowej, w której wyraźnie czuć dłuższy czas dojrzewania smaku i aromatu. No i ten jesienny kolor, którego nie ma w warzywach letnich. Nie dość, że jedzenie nie zawiera żadnej chemii to jeszcze efekt własnej uprawy potęguje smak.

We wspominanej książce było zdjęcie indiańskiej łyżki z łodygi dyni. Łatwa w wykonaniu i całkiem wygodna :).



Spróbuję wysuszyć jedną dynię metodą indiańską. Może uda się przemycić trochę jesieni do środka zimy.

Na razie z mojej praktyki absolutnymi mistrzem w magazynowaniu jedzenia na zimę jest ziemniak. Łatwy w uprawie (gdyby nie zaraza ziemniaczana), bardzo pożywny i smaczny oraz w miarę łatwy w przechowywaniu na zimę. Jeśli suszenie dyni okaże się skuteczne to dynia może się okazać ważnym konkurentem ziemniaka. Może nie tak kaloryczna i pożywna, ale łatwiejsza w uprawie i zbiorze oraz wyjątkowo smaczna.

Słoneczniki indiańskiej odmiany hopi już są całkiem duże. Mam nadzieję, że dojdą przed mrozami. Będę mógł spróbować kolejnego przysmaku indiańskiego – kulek słonecznikowych. Pełniły one funkcję dzisiejszych batonów energetycznych. Młodzi Indianie wyruszający na długie polowania zabierali ze sobą te przysmaki. Gdy dopadło ich zmęczenie kulka słonecznikowa szybko stawiała ich z powrotem na nogi.



Pracujemy nad nowym pomysłem i potrzebna Wasza pomoc. Będzie to miejski ogród, w którym połączymy nadmiar ziemi leżącej odłogiem tu i tam z nadmiarem wolnego czasu i chęci wśród młodych ludzi. W efekcie wyhodujemy pyszne jedzenie dla tych, którym go brakuje. Takie proste zrównoważenie nadmiarów z brakami :). Kryteria wyboru roślin do uprawy są dość wyśrubowane. Łatwość uprawy z wykorzystaniem prostych narzędzi oraz niedoświadczonych pomocników, uprawa naturalna, bez chemii, brak możliwości ciągłego nadzorowania ogrodu. Produkty mają być pożywne i łatwe w przechowywaniu – tak, by można było robić z nich gorące posiłki – najlepiej zupy przez zimę i nieco dłużej. Na jakie rośliny powinniśmy postawić? Wszelkie inne podpowiedzi i pomysły mile widziane. Mamy zimę na dopracowanie koncepcji, by móc na wiosnę ruszyć z pracami.

Powiązane tematy: