środa, 12 marca 2014

Leczenie zwierząt

Lubię niezależność. Pełny brzuch i dobre zdrowie to najważniejsze potrzeby. Gdy one są zaspokojone, to z pozostałymi jest łatwiej. Na moim blogu większość tekstów poświęcam niezależności żywieniowej. Teraz parę słów na temat uniezależnienia się od opieki weterynaryjnej.

Tak jak w przypadku naszego zdrowia, tak i w przypadku zdrowia zwierząt, którymi się opiekujemy przyzwyczailiśmy się, że "naturalnym" rozwiązaniem większości problemów jest wizyta u specjalisty. Ja staram się unikać tych metod i samemu od czerwca zeszłego roku – czyli od początku mojego eksperymentu – udało mi się obejść bez leków syntetycznych. Korzystałem jedynie z ziół, preparatów ziołowych oraz parad osoby specjalizującej się w medycynie wschodniej. Dodatkowo pościłem co dało niesamowite efekty.

Był to dla nas pierwszy rok w pełni samodzielnej opieki nad małym stadem owiec. Nic tak nie cieszy w hodowli jak widok zdrowego i zadowolonego zwierzaka – takiego jak na tytułowym zdjęciu. Nie zawsze jednak jest idealnie i w pierwszym roku hodowli pojawiło się sporo okazji do wykorzystania naturalnych metod leczenia zwierząt. W tym przypadku znowu Internet okazał się nieocenionym źródłem wiedzy. Poza Internetem dotarłem do świetnej książki z lat pięćdziesiątych „The Complete Herbal Handbook for Farm and Stable”. Książka zawiera duży leksykon roślin leczniczych oraz prostych, naturalnych metod radzenia sobie z większością chorób. Autorka nabierała doświadczenia miedzy innymi w kontaktach z greckimi hodowcami, którzy na rozrzuconych wyspach nie korzystali z pomocy służb weterynaryjnych. Również przytacza sporo ciekawej wiedzy zdobytej od Cyganów, dla których zwierzęta, a szczególnie konie, były od zawsze głównymi towarzyszami.

Oto kilka skutecznych sposobów, które stosowałem.

Biegunka. Zdarzyła się w lecie u kilku owiec intensywna, czarna, smolista biegunka. Jeden młody zwierzak szybko padł, a drugiego musiałem dobić mimo konsultacji z weterynarzem. Przy kolejnym ataku tej choroby byłem już mądrzejszy i szybko podałem odpowiednie leki. Na początek woda z drożdżami, która spowodowała jeszcze większe rozwolnienie i oczyszczenie. Następnie napar z tłuczonych kapturków żołędzi. Wykorzystanie kapturków żołędzi to ponoć cygańska metoda. Wcześniej stosowałem korę dębu, ale wymaga ona uszkodzenia drzewa. Teraz nazbieranie całorocznego zapasu kapturków zajęło mi parę minut. Po dwóch dniach takiej terapii owca wyszła z ciężkiego stanu do pełnego zdrowia. Wykorzystanie dębu świetnie też się sprawdza u ludzi. Od tego czasu w problemach jelitowych piję napar z kapturków żołędzi i problemy ustępują bardzo szybko. W czasie terapii pilnowałem, by chora owca dostawała sporo wody. W krytycznym dniu nawałem jej wodę na siłę z butelki.

Leczenie ran. W naszych okolicach nie ma groźnych, leśnych drapieżników. Głównym zagrożeniem dla owiec są domowe psy i pewnego dnia jeden z nich zaatakował nasze stado. Lekko zranił dwa zwierzaki, a jedna owca ucierpiała znacznie mocniej. Z okolic łydki pies wyrwał kawał skóry o powierzchni otwartej dłoni. Myślę, że z trzy procent powierzchni skóry zwierzęcia.



Do leczenia zastosowałem metody naturalne. Owca dwa razy dziennie przez ok. 7 dni dostawała do picia (na siłę, z butelki) miksturę oczyszczającą krew. Do pół litrowej butelki z wody mineralnej dodawałem 2-3 starte ząbki czosnku, 2 łyżki miodu i wody do pełna. Dodatkowo rana była przez około 10 dni smarowana „maścią” z czosnku i tymianku zalanego miodem. Stosowanie „maści” miodowej przyspieszało gojenie się rany. Strup był spory i gdy odpadał to pojawiała się mniejsza rana, którą na początku również smarowałem specjalnym miodem. Później widziałem, że rana dobrze się goi. Owca dochodziła do siebie przez ponad dwa miesiące. Przez cały ten czas miała problemy z chodzeniem.



To jest ciekawe zdjęcie. W zimie trawa była na tyle licha, że owce wolały zjadać siano i w zasadzie nie pasły się na resztkach trawy. Wszystkie z wyjątkiem tej jednej rannej. Ona chodziła po łące i szukała ziół, które prawdopodobnie pomagały jej w dojściu do zdrowia. Niestety rośliny były zbyt małe, by rozpoznać co wybierała.

W czasie wypadku owca miała już w brzuchu młode. Długo sobie nie mogła poradzić z porodem, a urodzone maluchy były słabe. Jednego nie udało się nam uratować mimo dokarmiania z butelki i długiego przytrzymywania w zaimprowizowanym inkubatorze. Drugi maluch - jagniczka - była słabiutka, ale przeżyła i teraz pięknie rośnie.

Cenną metodą sprawdzenia kondycji owcy jest tzw. FAMACHA. To metoda wykrywania anemii, której  przyczyną mogą być pasożyty wewnętrzne. Wystarczy lekko odchylić powiekę owcy i sprawdzić kolor tkanki. Powieka powinna być mocno różowa. W systemie FAMACHA dostępne są odpowiednie tabele z pięcioma odcieniami powieki. Ja już teraz nawet nie odchylam powieki, tylko jednym spojrzeniem sprawdzam kolor. Gdy owca wygląda zbyt blado to wtedy sprawdzam wewnętrzną część powieki.

Na razie doświadczeń w leczeniu mamy mało, ale z każdym miesiącem wiedza rośnie. Można na Allegro kupić stare książki o hodowli i leczeniu owiec. Za komuny w Polsce żyło kilka milionów owiec, a teraz jest około dwustu tysięcy, co tłumaczy bogactwo literatury z tamtych czasów. Moim głównym przewodnikiem jest "Storey's Guide to Raising Sheep, 4th Edition: Breeding, Care, Facilities". Ta jedna książka zapewnia mnóstwo wiedzy dla początkującego farmera-mieszczucha. Drugim źródłem wiedzy jest dla mnie YouTube, dzięki któremu nauczyłem się strzyc,



 przycinać racice


a nawet pomagać w porodach, co raz okazało się konieczne.

Najważniejsze jest zapewnienie zwierzętom takich warunków, by same sobie radziły z chorobami. Oto kilka moich obserwacji.

Świeża i sucha ściółka. Od czasu, gdy sam opiekuję się stadkiem to widzę dużą różnicę w żywotności zwierzaków gdy mają bardzo czysto w owczarni. Wcześniej niestety nie mogłem dopilnować warunków i zwierzęta były szybko atakowane przez pasożyty. Objawia się to kaszlem (pasożyty często rozwijają się w płucach), wypadaniem sierści, a przy skrajnie nasilonej chorobie wodnistą „kulką” pod żuchwą. Mimo chemicznego odrobaczenia niektóre ze zwierząt jeszcze co jakiś czas pokaszliwały. Teraz mają sucho i „odpukać” nawet tryk, który najdłużej kaszlał wrócił do zdrowia.

Słońce i powietrze. Do czasu, gdy pojawiły się młode owce codziennie rano wypuszczałem na wybieg i zaganiałem wieczorem do owczarni. Nawet, gdy było dużo śniegu i minus piętnaście stopniu to mając otwartą owczarnię zwierzęta wolały stać czy leżeć na mrozie. Całe lato i jesień owce spędziły na pastwisku mając jedynie brezentowy daszek, pod którym chowały się w czasie mocnych deszczów.

Spokój. Owce potrzebują spokoju. To płochliwe i nieufne zwierzęta. Ważne wiec, by żaden – nawet przyjazny pies – nie przeganiał ich, gdy sobie chcą poleżeć i w spokoju przeżuwać.

Pominąłem tu temat chyba najbardziej istotny – czyli jedzenie. O tym napiszę więcej przy okazji. Nauczyłem się, że pod tym względem hodowla owiec sprowadza się w dużej mierze do opieki nad pastwiskiem. Nieprzemyślane zostawienie zwierząt na jednym – nawet dużym polu – spowoduje szybką degradację roślin oraz upadek zdrowia zwierząt.

Na ten rok zaplanowałem posadzenie specjalnych apteczek dla naszych owiec. Będą to zielniki rozrzucone w różnych częściach pastwisk. Zamierzam rozsadzić czosnek niedźwiedzi lub jakiś odpowiednik z tej samej rodziny, glistnik jaskółcze ziele, gorczycę. Poszukam jeszcze innych roślin, które warto dosadzić. Może macie pomysły?