Link do Akademii

Kontynuacją projektu "Przez rok nie kupię jedzenia" jest Akademia Przyziemnych Umiejętności. Poza Akademią w ramach ClearMind.pl dbam o dobrostan mentalnym pracowników firm oraz rozwijam kreator stron internetowych Najszybsza.pl. Miło mi będzie jeśli odwiedzisz te projekty!


czwartek, 17 lipca 2014

Minął rok

Pora na podsumowania. Nie mogłem się zebrać do napisania kolejnego postu. Podsumowanie doświadczeń całego roku w jednym, krótkim tekście wydaje się niemożliwe. Będę więc na bieżąco podsumowywał – pewnie przez kolejny rok J. Dziś kilka najważniejszych przemyśleń.

Czy udało się przez rok nie kupować jedzenia? Nie. Bywały okresy, kiedy byłem prawie całkowicie samowystarczalny. Bywały też takie (szczególnie związane z tzw. „pracą zawodową”), kiedy niezręcznie było wozić ze sobą ziemniaki, pokrzywę, baraninę czy suszoną cukinię J. Czasami nie starczało siły woli, by wytrzymać na własnych, skromnych posiłkach. Nie byłem ortodoksyjny, bo wymagało by to postawienia rodziny do góry nogami. I tak mają sporo wyzwań związanych z odchyłami tatusia :).

Oto największe sukcesy.

Niezależność żywieniowa. Na pewno osiągnąłem duży skok w kierunku niezależności żywieniowej. To oprócz satysfakcji i opalenizny daje sporo siły wewnętrznej. Wiem, że jestem w stanie zapewnić większość potrzeb żywieniowych mojej rodziny.

Złote kury. Albo raczej srebrne, bo nasz kogut uwieczniony na tym zdjęciu jest rasy włoszek srebrny :). Poprzedniego niestety zjadł myszołów.


Kury okazały się bezcenne. Przy bardzo małym zaangażowaniu dawały codziennie pyszne jajka. Gdybym z powrotem mieszkał w blokach to starałbym się namówić sąsiadów na osiedlowy kurnik. Dbając w miarę o czystość, wokół kurniku nie było żadnego smrodu, którego tak często boją się miastowi. Na początku kury były uciążliwe, bo mogły chodzić wszędzie wokół domu. To dość szybko spowodowało bunt domowników. Okazało się, że siatka do ogrodzenia elektrycznego dla owiec (90cm wysokości) okazała się prawie 100% barierą dla kur. Konieczne było przycięcie skrzydeł, a tu jak zwykle YouTube przyszedł z pomocą. Raz zbudowany kurnik i kilka prostych pomocy: poidło, karmidło, gniazda, pojemnik na paszę spowodowały, że przy minimalnej obsłudze osiągamy świetne efekty. Kury mają ogrodzony spory wybieg z kawałkiem ich ulubionego lasu.

Owce. Samodzielna hodowla owiec okazała się nie aż tak trudna, jak się wydawało na początku.



Bywały momenty, kiedy sądziłem, że wysiłek włożony w opiekę nad owcami nie ma sensu. Z każdym dniem jednak było łatwiej. Asysta przy porodach, przycinanie racic, strzyżenie, dojenie czy ostatecznie ubój, oskórowanie i rozporcjowanie zwierzęcia – to wszystko umiejętności, które na początku wydają się niezwykle trudne, ale z czasem nabiera się wprawy. Korzystam z jednej książki "Storey's Guide to Raising Sheep" oraz z niezliczonych filmów instruktażowych na You Tube. Owce to większe obowiązki ale również większe pożytki. Stado mniejsze niż dziesięć zwierząt zapewnia całej rodzinie pełne zapotrzebowanie na mięso w sposób odtwarzalny (co roku nowy cykl). Mleka i przetworów wystarcza rodzinie ze sporym nadmiarem. Nawet udało się już zrobić trochę zapasów na zimę w postaci sera feta i bryndzy (wybaczcie, ale nie zamierzam oscypków nazywać scypkami czy fety favitą czy fettiną ze względu na nieludzkie regulacje zakazujące używania oczywistych nazw).



Do tego dochodzi wełna oraz obornik – wyjątkowy skarb w warzywniku, dzięki któremu rosną takie kalarepy mutanty :).





Naturalne leki. Od ponad 18 miesięcy nie zjadłem żadnego syntetycznego leku. Wyjątkiem była szczepionka, na którą się zdecydowałem przed podróżą do Nigerii. Korzystałem ze wsparcia świetnej kobiety z Mongolii, która leczy zgodnie z Tradycyjną Medycyną Chińską. Poza tym wszystkie dolegliwości leczę sam. Najlepszym lekarstwem okazał się post. Już ponad rok przez jeden dzień w tygodniu nic nie jem i raz na porę roku poszczę przez co najmniej 10 dni. Trudno w krótkim czasie nadrobić dwadzieścia lat zabójczego trybu życia, ale z każdym kolejnym postem widzę znaczącą poprawę.

Jako drugie źródło poprawy zdrowia uznaję zioła. Od kwietnia prawie co dziennie zjadam sałatkę „pasterską” z kilkunastu świeżo zebranych ziół. Odnoszę wrażenie, jakby część życiodajnej energii tych „uporczywych chwastów” przechodzi na mnie.



Duży udział własnego jedzenia powoduje, że ilość zjadanych trucizn jest mniejsza niż kiedyś. Gdy kupuję jedzenie to staram się, by było proste, bez chemii.

Sen. Kolejną zmianą jest zmiana rytmu snu. Staram się spać, gdy jestem śpiący. Choćby parę minut. Organizm ustawił mi się na rytm przedszkolaka – często budzę się o świcie, a koło południa organizm domaga się drzemki. W Chinach widziałem jak pracownicy fabryki mieli karimaty pod biurkami - koło południa kładli się na godzinny wypoczynek. To dobry zwyczaj.

Dystans. Jest jeszcze jeden element, któremu przypisuję dobre zdrowie - rosnący dystans do życia. Kiedyś pracowałem od rana do nocy będąc przekonanym, że to co robię jest niewiarygodnie ważne, i że sam jestem ważny. Teraz rozumiem powiedzenie, że cmentarze są pełne niezastąpionych ludzi. Nabrałem sporego dystansu do swojej wartości i do życia.

Więcej słońca. Od 18 miesięcy nie noszę okularów przeciwsłonecznych i znacznie więcej czasu spędzam na polu. Kiedyś trafiłem na ciekawą książkę "Sztuka widzenia" A. Huxley'a, w której okulary przeciwsłoneczne były wymieniane jako jedna z podstawowych przyczyn problemów ze wzrokiem. Dodatkowo wyczytałem, że ograniczony dostęp światła ma niekorzystny wpływ na psychikę. Podpatrywałem dzieci i zwierzęta. I jednym i drugim słońce nie przeszkadza. Nie przeszkadzało przez miliardy lat ewolucji życia na Ziemi. Oczy dość szybko się przestawiają ze stanu ułomnego spowodowanego przyciemnianiem do normalnego. Pomocne jest patrzenie na słońce z zamkniętymi powiekami. Wydaje mi się, że po tej zmianie mój wzrok się mniej męczy. Dodatkowo nie będąc okłamywanym przez okulary wiem kiedy trzeba się schować do cienia. Nie wiem, czy to efekt ćwiczenia, czy większego naświetlania, ale zauważyłem wyostrzenie widzenia peryferyjnego. W lesie, po zmroku dużo lepiej widzimy kątem oka. Również te kąty oka są bardzo skutecznym systemem ostrzegania. Są bardzo czułe na ruch.

„Niepowodzenia”? Ująłem je w cudzysłów, bo z każdego niepowodzenia przyszły cenne nauki. Oj było niepowodzeń bez liku. Opiszę tylko najważniejsze.

 Pszczoły nie przeżyły zimy. To chyba najsmutniejsza nauka. Już jesienią widać było, że pszczoły zjadły sporo zapasów zebranych na wiosnę i w lecie. Niektórzy mówią, że zima była łagodna i pszczoły zamiast zapaść w głębszą hibernację cały czas zużywały sporo energii. Inni obwiniają moją nietypową metodę bezramkową. Zdecydowałem, że zanim podejmę kolejną próbę to najpierw muszę nabrać więcej wprawy z pozostałą częścią gospodarstwa. W tym roku nie zasiedliłem ponownie ula. Myślę, że w przyszłym roku spróbuję jeszcze raz. Póki co kupiłem na Allegro paczkę kokonów murarek. Pszczoły się zadomowiły u nas i wymurowały już tyle domków, że spodziewam się na wiosnę sporego wzrostu kolonii. Ustawię uliki w sadzie, w warzywnikach. Będzie to również dobry pomysł na prezent. Oprócz tego, że zapylają rośliny to jeszcze są bardzo wdzięcznym obiektem obserwacji. Nie żądlą, więc dzieci mogą bezpiecznie obserwować fascynujący cykl życiowy tych pracowitych zwierząt.

Niepowodzenia ogrodniczo-rolnicze. Tych było i jest mnóstwo.

Inwazja nornicy w tym roku. Zjadły mi koło setki pieczołowicie przygotowanych sadzonek warzyw kapustowatych. Wyjadły wszystkie nasiona dyni i cukinii. Dopiero po miesiącu totalnych spustoszeń nauczyłem się utrzymywać równowagę (taki eufemizm na łapanie myszy).



Trzy Siostry. Próbowałem posadzić indiańskie Trzy Siostry: kukurydzę, fasolę i dynię. Niestety nornice zjadły wszystkie co do jednego nasiona kukurydzy.

Uprawa bezorkowa. Sporo niepowodzeń związanych z rezygnacją z orania i przekopywania grządek. Ale też sporo sukcesów i doświadczeń. Gdy czas pozwoli to poopisuję, bo tu jest sporo wiedzy. Po dwóch latach stosowania tej metody z twardej ziemi zrobiła się miękka i trzymająca wilgoć. Takie grządki świetnie nadają się u mnie do uprawy roślin kapustowatych. Nie udało mi się na nich wyhodować roślin korzeniowych: marchewki czy buraków. W przypadku tych roślin chyba nie obejdzie się bez energochłonnego przekopania grządki.

Back to Eden. Grządki zgodnie z zaleceniami filmu Back To Eden nie udały się. Kupiłem zrębki, które już sporo leżały na polu i okazało się, że jest w nich pełno nasion chwastów. Dodatkowo zrobiłem zbyt cienką warstwę, niezgodnie z zaleceniami Paula Gautchiego. Zamierzam wrócić do tego eksperymentu, bo problemy wynikały z mojej ignorancji, a efekty poprawnego stosowania metody są kuszące.

Ziemianka zbyt zimna. Część ziemniaków przechowywanych w dole ziemnym zmarzła. Wbrew zaleceniom dałem zbyt małą warstwę słomy na górę. Zrobię kolejne próby, bo przechowywanie jedzenia to równie ważna umiejętność co jego wytwarzanie.

W większości przypadków problemem był mój brak wiedzy. Metody same w sobie nie są złe, tylko wymagają doświadczenia. Czasami drobne zmiany decydują o sukcesie.

Było też sporo sukcesów ogrodniczych. Póki co ziemniaki pod słomą są najbardziej ekonomiczną uprawą. Jeden dzień pracy przy sadzeniu pozwala zapewnić całej rodzinie jedzenie. Zobaczymy tylko, czy uda mi się zapanować nad nornicami. Gryka była już w tym roku wysiana z własnych nasion i pięknie rośnie. Może w któryś z zimowych wieczorów zrobię jakąś prostą młocarnię. Len niedługo będzie gotowy do zbioru - może uda się wycisnąć pierwsze krople własnego oleju. Również słoneczniki z przeznaczeniem na olej pięknie rosną.

Poza nornicami i bielinkiem kapustnikiem istotnym - a na pewno najsilniejszym - szkodnikiem jest państwo i urzędnicy. Ci ludzie robią wiele, by nas zniewolić i faworyzować sieci supermarketów czy przywiązanie do banków. W moim przypadku też sprawiali trudności. Udało mi się jednak nabrać do nich dystansu. Kiedyś reagowałem bardzo emocjonalnie i cały czas myślałem o nich jak o faszystowskim aparacie ucisku. Cieszę się, że nabrałem już znacznego dystansu. Traktuję ich teraz jak chochliki, które są przekonane o swojej słuszności i bezmyślnie lub umyślnie utrudniają życie innym. Kiedyś złość mnie ogarniała, gdy obróciwszy się plecami baran mnie stuknął solidnie w tyłek. Teraz mnie to bawi, bo wiem, że taka jego natura, i że jest to oznaka jego zdrowia a mojej nieuwagi. Podziwiam jego refleks i spostrzegawczość. To samo z urzędnikami. Takie ich przeznaczenie – są po to, by utrudniać życie. Podobnie jak baran są w swojej naturze doskonali i staram patrzeć na nich z podziwem J. Złośliwości, które czasem wyczyniają wymagają naprawdę sporo wysiłku i kreatywności. Myślę sobie, że nawet jeśli mnie kiedyś zamkną w więzieniu, to będzie to dobra okazja na sporo zaległych ćwiczeń, których ze względu na nawał pracy nie udało mi się zrobić. W końcu nie da się ograniczyć wolności na prawdę wolnemu człowiekowi :).

Czy byłbym w stanie teraz już przeżyć, gdyby nagle uciąć łączność z cywilizacją? Mój eksperyment uzmysłowił mi, że samowystarczalność jest prawie niemożliwa bez wsparcia innych ludzi. Sam bym z pewnością szybko zginął. Rodzina być może jest w stanie być samowystarczalna, ale przy obecnym braku doświadczeń to byłby raczej survival, a nie pełne życie. Sądzę, że dopiero wioska, skupisko kilku rodzin daje możliwość samowystarczalności. A i tak taka samowystarczalność jest iluzją, bo opiera się ona na czerpaniu z doświadczeń tysięcy naszych przodków. Do szczęścia potrzebujemy kontaktów z ludźmi i w moim przypadku ciekawe jest to, że poszukując niezależności natrafiłem na mnóstwo ciekawych osób.

Matriks powoduje, że jesteśmy skazani na „współpracę”. Musimy chodzić do pracy, by spłacać raty kredytu. Musimy dzieciom kupować drogie ciuchy, by nie były odrzucane przez rówieśników. Musimy płacić mafii zwanej państwo podatki, by nas nie zamknęli w więzieniu. Wolność wyboru jest bardzo ograniczona. Nawet dobroczynność jest realizowana z rewolwerem przy głowie: musimy płacić emerytury i renty, bo w przeciwnym wypadku państwo nas wykończy. Samowystarczalność powoduje, że możemy robić to samo, ale nie musimy. To potężna różnica. Nie da się tego wyjaśnić słowami. To jest jedno z tych uczuć, które trzeba przeżyć, by wiedzieć co oznacza.

Najbardziej się cieszę, że moja próba pokazała mi, że istnieje alternatywa do systemu dogmatów, nakazów i zakazów zwanych Matriksem czy „cywilizacją zachodnią”. Cały czas w 90% jestem uzależniony od "cywilizacji", ale tej jeden krok w dobrym kierunku już mi wiele dał. Gdy obierzemy kierunek przeciwny do Matriksa to z każdym dniem się od niego oddalamy. Nie trzeba robić bolesnego skoku „w busz”. Wystarczy tak się ustawić, by z każdym dniem nasze drogi z Matriksem się rozchodziły - choćby o jeden kroczek. Przestańmy oglądać telewizję. Przestańmy słuchać wiadomości. Nie zaciągajmy kolejnego kredytu. Postarajmy się spłacić szybciej istniejące zadłużenie. Zamieńmy metr kwadratowy trawnika na grządkę. Nauczmy się uprawiać pomidory czy ziemniaki. Kupmy trzy kury i zróbmy im prowizoryczny kurnik. Przeczytajmy książkę o ziołach i wyeliminujmy w tym roku jedno lekarstwo syntetyczne. Na przykład zamiast aspiryny pijmy napar z kory wierzby. Zabierzmy politykom kontrolę nad naszymi emocjami. Zanim się obejrzymy to coraz więcej ludzi dołączy do nas widząc pozytywne efekty. 

Trochę chaotycznie, ale coś na wzór obowiązkowego podsumowania już jest za mną i teraz mogę spokojnie opisywać kolejne doświadczenia. Stałych czytelników przepraszam za przerwę w pisaniu :). Jak już pewnie wiecie nie lubię przywiązania i czynności regularne zawsze mi sprawiały trudności :).


poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Ser = zabijanie zwierząt

Jestem już stary koń i powinienem był to wiedzieć. Dotarło jednak dopiero w praktyce. Dotychczas uważałem, że weganizm z przyczyn ideologicznych to już przesada. Przecież zachowując rozsądek możemy zwierzętom podbierać trochę ich wyrobów, a i dla nas wystarczy i one też znacząco nie ucierpią.

Dopiero teraz zrozumiałem, że jedzenie sera i jajek oznacza zabijanie zwierząt.

Żeby co roku było mleko to muszą co roku być młode owce. Gdyby chować wszystkie zwierzęta, to ze stada dziesięciu owiec w pierwszym roku, po kilku latach stado liczyłoby sto zwierząt. Z każdym kolejnym rokiem wzrost jest coraz większy. Trudno utrzymać tak duże stado. Oczywiście można zwierzęta sprzedać, ale to jest równoznaczne z zabiciem. Tryczki stają się obciążeniem, trzeba je karmić, a mleka nie dają.

Podobnie w przypadku kur. Po kliku latach zmniejsza się ilość znoszonych jajek i by nie odczuć różnicy wypadałoby zwiększać ilość kur zostawiając mało produktywne emerytki i karmiąc je aż do naturalnej śmierci. I w tym przypadku rasa męska jest problemem. Przyrasta ilość kogutów, które trzeba karmić, a nie przyczyniają się do wytwarzania jaj. 

Warto więc pamiętać i doceniać zjadając ser czy jajko, że oznacza ono poświecenie zwierzęcia. Mnie osobiście irytuje podejście propagowane w modnych programach kulinarnych, w których gotowanie sprowadzone jest do zmierzania w kierunku jakiegoś wzorca namaszczonego przez mistrza kuchni. Mięso tak wypieczone jest dobre, ale już inaczej wypieczone należy wypluć. Myślę, że gdy ktoś własnoręcznie zabije tak duże i bliskie człowiekowi zwierze jak owca, nabierze innego podejścia do mięsa. Przestanie to być produkt spożywczy, który należy w finezyjny sposób przybliżyć do akceptowalnego wzorca kulinarnego. Mięso stanie się święte.

środa, 12 marca 2014

Leczenie zwierząt

Lubię niezależność. Pełny brzuch i dobre zdrowie to najważniejsze potrzeby. Gdy one są zaspokojone, to z pozostałymi jest łatwiej. Na moim blogu większość tekstów poświęcam niezależności żywieniowej. Teraz parę słów na temat uniezależnienia się od opieki weterynaryjnej.

Tak jak w przypadku naszego zdrowia, tak i w przypadku zdrowia zwierząt, którymi się opiekujemy przyzwyczailiśmy się, że "naturalnym" rozwiązaniem większości problemów jest wizyta u specjalisty. Ja staram się unikać tych metod i samemu od czerwca zeszłego roku – czyli od początku mojego eksperymentu – udało mi się obejść bez leków syntetycznych. Korzystałem jedynie z ziół, preparatów ziołowych oraz parad osoby specjalizującej się w medycynie wschodniej. Dodatkowo pościłem co dało niesamowite efekty.

Był to dla nas pierwszy rok w pełni samodzielnej opieki nad małym stadem owiec. Nic tak nie cieszy w hodowli jak widok zdrowego i zadowolonego zwierzaka – takiego jak na tytułowym zdjęciu. Nie zawsze jednak jest idealnie i w pierwszym roku hodowli pojawiło się sporo okazji do wykorzystania naturalnych metod leczenia zwierząt. W tym przypadku znowu Internet okazał się nieocenionym źródłem wiedzy. Poza Internetem dotarłem do świetnej książki z lat pięćdziesiątych „The Complete Herbal Handbook for Farm and Stable”. Książka zawiera duży leksykon roślin leczniczych oraz prostych, naturalnych metod radzenia sobie z większością chorób. Autorka nabierała doświadczenia miedzy innymi w kontaktach z greckimi hodowcami, którzy na rozrzuconych wyspach nie korzystali z pomocy służb weterynaryjnych. Również przytacza sporo ciekawej wiedzy zdobytej od Cyganów, dla których zwierzęta, a szczególnie konie, były od zawsze głównymi towarzyszami.

Oto kilka skutecznych sposobów, które stosowałem.

Biegunka. Zdarzyła się w lecie u kilku owiec intensywna, czarna, smolista biegunka. Jeden młody zwierzak szybko padł, a drugiego musiałem dobić mimo konsultacji z weterynarzem. Przy kolejnym ataku tej choroby byłem już mądrzejszy i szybko podałem odpowiednie leki. Na początek woda z drożdżami, która spowodowała jeszcze większe rozwolnienie i oczyszczenie. Następnie napar z tłuczonych kapturków żołędzi. Wykorzystanie kapturków żołędzi to ponoć cygańska metoda. Wcześniej stosowałem korę dębu, ale wymaga ona uszkodzenia drzewa. Teraz nazbieranie całorocznego zapasu kapturków zajęło mi parę minut. Po dwóch dniach takiej terapii owca wyszła z ciężkiego stanu do pełnego zdrowia. Wykorzystanie dębu świetnie też się sprawdza u ludzi. Od tego czasu w problemach jelitowych piję napar z kapturków żołędzi i problemy ustępują bardzo szybko. W czasie terapii pilnowałem, by chora owca dostawała sporo wody. W krytycznym dniu nawałem jej wodę na siłę z butelki.

Leczenie ran. W naszych okolicach nie ma groźnych, leśnych drapieżników. Głównym zagrożeniem dla owiec są domowe psy i pewnego dnia jeden z nich zaatakował nasze stado. Lekko zranił dwa zwierzaki, a jedna owca ucierpiała znacznie mocniej. Z okolic łydki pies wyrwał kawał skóry o powierzchni otwartej dłoni. Myślę, że z trzy procent powierzchni skóry zwierzęcia.



Do leczenia zastosowałem metody naturalne. Owca dwa razy dziennie przez ok. 7 dni dostawała do picia (na siłę, z butelki) miksturę oczyszczającą krew. Do pół litrowej butelki z wody mineralnej dodawałem 2-3 starte ząbki czosnku, 2 łyżki miodu i wody do pełna. Dodatkowo rana była przez około 10 dni smarowana „maścią” z czosnku i tymianku zalanego miodem. Stosowanie „maści” miodowej przyspieszało gojenie się rany. Strup był spory i gdy odpadał to pojawiała się mniejsza rana, którą na początku również smarowałem specjalnym miodem. Później widziałem, że rana dobrze się goi. Owca dochodziła do siebie przez ponad dwa miesiące. Przez cały ten czas miała problemy z chodzeniem.



To jest ciekawe zdjęcie. W zimie trawa była na tyle licha, że owce wolały zjadać siano i w zasadzie nie pasły się na resztkach trawy. Wszystkie z wyjątkiem tej jednej rannej. Ona chodziła po łące i szukała ziół, które prawdopodobnie pomagały jej w dojściu do zdrowia. Niestety rośliny były zbyt małe, by rozpoznać co wybierała.

W czasie wypadku owca miała już w brzuchu młode. Długo sobie nie mogła poradzić z porodem, a urodzone maluchy były słabe. Jednego nie udało się nam uratować mimo dokarmiania z butelki i długiego przytrzymywania w zaimprowizowanym inkubatorze. Drugi maluch - jagniczka - była słabiutka, ale przeżyła i teraz pięknie rośnie.

Cenną metodą sprawdzenia kondycji owcy jest tzw. FAMACHA. To metoda wykrywania anemii, której  przyczyną mogą być pasożyty wewnętrzne. Wystarczy lekko odchylić powiekę owcy i sprawdzić kolor tkanki. Powieka powinna być mocno różowa. W systemie FAMACHA dostępne są odpowiednie tabele z pięcioma odcieniami powieki. Ja już teraz nawet nie odchylam powieki, tylko jednym spojrzeniem sprawdzam kolor. Gdy owca wygląda zbyt blado to wtedy sprawdzam wewnętrzną część powieki.

Na razie doświadczeń w leczeniu mamy mało, ale z każdym miesiącem wiedza rośnie. Można na Allegro kupić stare książki o hodowli i leczeniu owiec. Za komuny w Polsce żyło kilka milionów owiec, a teraz jest około dwustu tysięcy, co tłumaczy bogactwo literatury z tamtych czasów. Moim głównym przewodnikiem jest "Storey's Guide to Raising Sheep, 4th Edition: Breeding, Care, Facilities". Ta jedna książka zapewnia mnóstwo wiedzy dla początkującego farmera-mieszczucha. Drugim źródłem wiedzy jest dla mnie YouTube, dzięki któremu nauczyłem się strzyc,



 przycinać racice


a nawet pomagać w porodach, co raz okazało się konieczne.

Najważniejsze jest zapewnienie zwierzętom takich warunków, by same sobie radziły z chorobami. Oto kilka moich obserwacji.

Świeża i sucha ściółka. Od czasu, gdy sam opiekuję się stadkiem to widzę dużą różnicę w żywotności zwierzaków gdy mają bardzo czysto w owczarni. Wcześniej niestety nie mogłem dopilnować warunków i zwierzęta były szybko atakowane przez pasożyty. Objawia się to kaszlem (pasożyty często rozwijają się w płucach), wypadaniem sierści, a przy skrajnie nasilonej chorobie wodnistą „kulką” pod żuchwą. Mimo chemicznego odrobaczenia niektóre ze zwierząt jeszcze co jakiś czas pokaszliwały. Teraz mają sucho i „odpukać” nawet tryk, który najdłużej kaszlał wrócił do zdrowia.

Słońce i powietrze. Do czasu, gdy pojawiły się młode owce codziennie rano wypuszczałem na wybieg i zaganiałem wieczorem do owczarni. Nawet, gdy było dużo śniegu i minus piętnaście stopniu to mając otwartą owczarnię zwierzęta wolały stać czy leżeć na mrozie. Całe lato i jesień owce spędziły na pastwisku mając jedynie brezentowy daszek, pod którym chowały się w czasie mocnych deszczów.

Spokój. Owce potrzebują spokoju. To płochliwe i nieufne zwierzęta. Ważne wiec, by żaden – nawet przyjazny pies – nie przeganiał ich, gdy sobie chcą poleżeć i w spokoju przeżuwać.

Pominąłem tu temat chyba najbardziej istotny – czyli jedzenie. O tym napiszę więcej przy okazji. Nauczyłem się, że pod tym względem hodowla owiec sprowadza się w dużej mierze do opieki nad pastwiskiem. Nieprzemyślane zostawienie zwierząt na jednym – nawet dużym polu – spowoduje szybką degradację roślin oraz upadek zdrowia zwierząt.

Na ten rok zaplanowałem posadzenie specjalnych apteczek dla naszych owiec. Będą to zielniki rozrzucone w różnych częściach pastwisk. Zamierzam rozsadzić czosnek niedźwiedzi lub jakiś odpowiednik z tej samej rodziny, glistnik jaskółcze ziele, gorczycę. Poszukam jeszcze innych roślin, które warto dosadzić. Może macie pomysły?

Projekt "Przez rok nie kupię jedzenia" jest już historią. Jego kontynuacją jest Akademia Przyziemnych Umiejętności. Poza Akademią w ramach ClearMind.pl dbam o dobrostan mentalnym pracowników firm oraz rozwijam kreator stron internetowych Najszybsza.pl. Miło mi będzie jeśli odwiedzisz te projekty!